„Lucjan” i „Klamerka” od „Pasa” z legendarnego Pułku Baszta

„Lucjan” i „Klamerka” od „Pasa” z legendarnego Pułku Baszta

Teresa Sułowska-Bojarska i Jerzy Stefan Stawiński, żołnierze AK, powstańcy, pisarze

Warto przypomnieć tragiczne wydarzenia na Mokotowie sprzed 76 lat i dwoje bohaterów z legendarnego Pułku „Baszta”. Podczas Powstania Warszawskiego na Mokotowie, który był jedną z najsilniej obsadzonych przez okupanta dzielnic, oddział ten stoczył trwające blisko dwa miesiące ciężkie walki z Niemcami. Na początku Powstania „Baszta” liczyła ok. 2200 żołnierzy, w czasie walk straciła ok. 600, drugie tyle było rannych.
Prawdziwe piekło rozpętało się 24 września. Tego dnia Niemcy zaatakowali wszystkie placówki powstańcze. Po niezwykle zaciętych trzydniowych walkach zamknęli powstańców w niewielkim kwartale: Puławska – Różana – Kazimierzowska – Ursynowska. Ze względu na ogromną przewagę wroga i kończącą się amunicję dowództwo podjęło decyzję o ewakuacji powstańców kanałami, gdzie czekało na nich piekło. Niemcy bombardowali włazy, wrzucali do kanałów granaty i trujący karbid, wyczerpani ludzie wpadali w panikę, dostawali ataków szału. Do Śródmieścia dotarło tylko 600 osób. Reszta zawróciła. Część powstańców zabłądziła i wyszła włazem na ulicy Dworkowej. Mimo że był już 27 września i Mokotów skapitulował hitlerowcy rozstrzelali 119 z nich.
Żołnierzami pułku Baszta było dwoje znanych prozaików Teresa Sułowska-Bojarska i Jerzy Stefan Stawiński. Przeżycia wojenne miały ogromny wpływ na twórczość przedstawicieli pierwszego pokolenia wolnej Polski. W swoich książkach dzielą się z czytelnikami swoimi unikatowymi przeżyciami w Powstaniu Warszawskim, które zdeterminowało ich postawę wobec życia i dużą część twórczości.
Teresa Sułowska-Bojarska (1923–2013), poetka, prozaik i pedagog, łączniczka AK, uczestniczka Powstania Warszawskiego; pseudonimy: „Dzidzia”, „Klamerka”; autorka wielu powieści historycznych, m.in.: „Bogusław i Anna”, „Cierniowa mitra”, „Czerwone gryfy”, „Requiem dla ostatniego wikinga”, „Wskrzeszenie Łazarza”; powieści autobiograficznych „Świtanie, przemijanie” i przejmujących wspomnień z Powstania „Codzienność: sierpień-wrzesień 1944”; bohaterka filmu dokumentalnego Marka Widarskiego: „Teresa Sułowska – Bojarska. Wygrane życie łączniczki”.

Drobna krucha, kilka razy dziennie pokonywała siedmiokilometrową trasę między ulicą Dworkową a Sobieskiego. W jedną stronę niosła meldunki, z powrotem prowadziła z innymi łączniczkami ludzi lub razem przenosiły rannych. Na Polu Mokotowskim wykopywała i ładowała na wóz kilogramy warzyw. Coraz częściej dźwigała rannych kolegów. Ciężko ranna w nogę, wywieziona z Warszawy, cudem się uratowała przed wywiezieniem do Auschwitz.

„Lekkim krokiem łączniczki
wbiegłam w życie
wtuliłam się w kwiaty
i w gruzy

Lekkim krokiem łączniczki
wbiegłam w pożar
żelazo zgruchotało mi nogę
przemykam pod ścianami lat
uwaga… obstrzał

Kuśtykam po zwaliskach
o kulach pamięci
wiernym krokiem łączniczki
niosę meldunek”

Warto posłuchać rozmowy z łączniczką Teresą Sułowską-Bojarską zamieszczonej w Archiwum Historii Mówionej. [1] Oto jej fragmenty:

W czasie okupacji nosiłam pseudonim „Dzidzia”, dlatego że pracowałam jako szyfrantka w I Oddziale Komendy Głównej. Na okres Powstania zostałam przydzielona do oddziału Wojskowej Służby Ochrony Powstania, który wszedł w skład „Baszty”. Tam, ponieważ mój szef porucznik miał pseudonim „Pas”, komendantka od razu nazwała mnie „Klamerka”. Zostałam „Klamerką” od „Pasa”. Tak to wyglądało…

Jakie były najlepsze chwile w Powstaniu?

Dla mnie wszystkie, wszystkie… Z tym, że nie można powiedzieć o najlepszych chwilach, kiedy ginęli ludzie, to do dzisiaj boli. Ale w całości, to się widziało… To trzeba było słyszeć księdza Zieję, który był naszym kapelanem, że jesteśmy w wolnej Polsce. To może trudno zrozumieć, ale jeżeli człowiek wychował się w wolnej Polsce i w polskiej szkole, był bardzo patriotycznie chowany i stale nam zaznaczano, że nasi rodzice, stryjowie, wszyscy kuzyni, znajomi walczyli o Polskę w ten czy inny sposób, jedni byli w Legionach, inni jeszcze gdzieś i że Polskę trzeba szanować. I nagle to się tak zawaliło, że dla nas to był szok absolutny, tragedia. Poza tym myśmy się czuli odpowiedzialnie za tych wszystkich, którzy poszli do niewoli, czy poginęli, myśmy musieli podjąć

ich pracę, to był obowiązek. Powstanie to było wreszcie jakieś apogeum, to się dla nas skończyło, myśmy śpiewali „Boże coś Polskę”, „Jeszcze Polska”, myśmy nosili opaski. Żeśmy zdobyli takie kombinezony, w które byliśmy umundurowani, bardzo to było niewygodne, zwłaszcza dla dziewcząt, bo to było rozpinane z dołu, naszywałyśmy sobie proporczyki, czapki z proporczykami… To było zupełnie odrodzenie życia… Dla nas to było szczęście, mimo tego, że ludzie ginęli. W 1943 roku straciłam starszego brata. Te pięć lat upokorzenia, niszczenia godności, strachu, przemykania pod murami… To trudno nie powiedzieć, że to było szczęście. Można nawet opłakiwać kogoś, można cierpieć nad tym, ale być szczęśliwym, że dzisiaj on, ona, a jutro ja, ale jest. Bez przerwy się czekało na to, że nas zachód jednak nie zostawi. Dla nas to było większą tragedią niż okupacja rosyjska, bo to była zdrada… absolutna zdrada. Do dzisiaj mam większe pretensje do Francji i do Anglii, zwłaszcza do Anglii, niż do Rosji, bo Rosja była zawsze naszym wrogiem, a ci podpisali z nami umowy i walczyli z nami cały czas.

Proszę powiedzieć, jakie jest Pani najgorsze wspomnienie z Powstania?

Najgorsze… Kapitulacja… kapitulacja… coś strasznego. To jest chyba najgorsze wspomnienie w życiu, gorsze niż śmierć mego męża, niż wiele innych śmierci. Ta zupełna beznadzieja, bo wiadomo, że wejdą Rosjanie i wiadomo, że wchodzimy w drugą okupację, z tego sobie już człowiek zdawał sprawę. Nie mogło być gorszego…

Jerzy Stefan Stawiński (1921-2010) – prozaik, naczelny scenarzysta polskiej szkoły filmowej, reżyser filmów fabularnych, autor słuchowisk radiowych. Brał udział w kampanii wrześniowej 1939 i w obronie Warszawy w plutonie łączności artylerii dywizyjnej 20 Dywizji Piechoty. Od marca 1940 w podziemnej organizacji harcerskiej, która później stała się pułkiem AK „Baszta”. Dowodził plutonem, a następnie kompanią łączności o kryptonimie K-4. Uczestnik Powstania Warszawskiego, dowódca kompanii odpowiedzialny za łączność pułku „Baszta”. Pseudonimy: „Lucjan”, „Łącki”. Wzięty do niewoli, do maja 1945 więzień oflagu w Murnau. Po wyzwoleniu obozu przez wojska Pattona udał się do Anglii, gdzie wstąpił do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Od 1946 do 1947 służył w 2 Korpusie Polskim we Włoszech pod dowództwem gen. Andersa. Do Polski powrócił w 1947.

Był autorem scenariuszy m.in. filmów: „Człowiek na torze, „Eroica”, „Zezowate szczęście”, „Zamach”, słynnego „Kanału”, w  którym nawiązuje do własnych wspomnień: „Nic tak nie zaważyło na moim życiu jak przejście przez kanał podczas Powstania Warszawskiego. To, że wszyscy skończyliśmy w gównie, że diabli wzięli nasze niepodległościowe porywy i przyszli bolszewicy, podbiło mnie goryczą. Zacząłem patrzeć na świat ironicznie”. Scenarzysta największego hitu frekwencyjnego filmu „Krzyżacy”, a także „Akcji pod Arsenałem”, „Godziny W”, „Wielkiej  miłość Balzaka”, „Młodego warszawiaka zapisków z urodzin”, „Pułkownika Kwiatkowskiego”, J„utro idziemy do kina” i  wielu innych.  

26 września, ostatniego dnia ewakuacji Mokotowa, Stawiński wprowadził do kanału ok. 130 osób, w tym 70 swych podkomendnych, by dostać się do Śródmieścia.

 
Posłuchajmy fascynującej rozmowy z Jerzym Stefanem Stawińskim zamieszczonej w Archiwum Historii Mówionej.[2]  Oto jej fragmenty:

My schodziliśmy do kanału na Dąbrowskiego, przedtem Szustra. Szustra 6 miałem na przepustce. To był właz kanałowy kawałek od Puławskiej, na wysokości Bałuckiego. Później w dół pod Dworkową do kolektora… Kanał dziewięćdziesięciocentymetrowy, więc bardzo niewygodny. Trzeba było się czołgać po prostu. Potem do kolektora na Czerniaków. Już nie trzeba było się czołgać, tylko trzeba było chodzić po kolana w brei potwornej, nieruchomej, ponieważ barykady stworzone przez Niemców zatrzymały odpływ nieczystości. Dlatego to było obrzydliwe. Tym kolektorem szliśmy przez poszczególne barykady, tak zwane, zrobione z najróżniejszych sprzętów powrzucanych z góry, żeby nam uniemożliwić przejście. Wrzucali też karbid, żeby nas wytruć. Później tym kolektorem doszliśmy do ulicy Górnośląskiej, Pięknej. Piękną do góry, znowu niskim kanałem, dziewięćdziesięciocentymetrowym i kawałek w prawo do rogu Wilczej i Alej Ujazdowskich. Tam wyłaziliśmy na zewnątrz. Tam czekały nasze łączniczki z wódką.

Tam było bezpieczne wyjście?

Była barykada w szerz Alej Ujazdowskich. Poza tym była strzelanina na Placu Trzech Krzyży. W każdym razie, wychodziliśmy bez żadnej obawy, że nas zastrzelą. Nie pamiętam tego, byłem po prostu półprzytomny po szesnastu godzinach. Dali mi kieliszek wódki. To był tak przeraźliwy smak, że nie do wiary, to straszliwe jakieś świństwo, palące, obrzydliwe. Na tym się nie skończyło.

Ilu przeszło?

Ode mnie trzech lub czterech ludzi, tych co szli za mną. Dlatego, po niedługim czasie (ponieważ coś nam dali, a jeść nie mogłem w ogóle, przez kilka dni nie brałem nic do ust oprócz wody), wróciłem z powrotem zobaczyć, co się dzieje. Idąc na początku, nic nie wiedziałem. Mnóstwo ludzi mnie mijało z powrotem, krzycząc, panikując, ale my parliśmy dalej. W ciemności, w dymach nie można było nic rozpoznać. Teraz starałem się dowiedzieć, co się stało. Doszedłem do którejś z barykad, już nie było możliwości przejścia dalej. Po drodze potykałem się o leżące trupy… Nawet wyciągałem za włosy, żeby zobaczyć, kto to był. Jednego z moich ludzi znalazłem w ten sposób, młodego człowieka, kolegę ze szkoły. Wróciłem później, bo już nie było dalej gdzie iść. Była cisza kompletna, nie było nikogo, grobowa cisza. Wróciłem z powrotem…

Jak Pan zapamiętał dzień kapitulacji?

W dzień kapitulacji wyszedłem na ulicę Marszałkowską, która była kupą gruzów. Tylko kilka fasad zostało. Chodząc po gruzach i po potwornym smrodzie spalenizny, doszedłem do wniosku, że zbankrutowała cała moja formacja i całe moje życie się w tej chwili zmieniło w nie wiadomo co. Doszedłem do wniosku, że tutaj życia nie ma, że przyjdą bolszewicy, że trzeba wobec tego dać się wziąć do niewoli, żeby się znaleźć na Zachodzie. Chcę uciec stąd, bo już nie mogę, uciec jak najdalej, uciec od tych gruzów.

…Siedzieliśmy wszyscy w obozie oddziałów II Korpusu. Kilka obozów było. Nic nie robiliśmy. Wtedy zacząłem słuchać radia. Orientowałem się, że w Warszawie zaczyna się jakieś życie, że tam tramwaje zaczynają ruszać. Doszedłem do wniosku, że mimo tego, że miałem jakieś szanse na stypendium gdzieś na Politechnice (czy na wyjazd, bo można było wyjeżdżać do Kanady, do Afryki Południowej czy Środkowej, miejsc do emigracji było mnóstwo), nie potrafię się oprzeć temu, że miejscem mojego życia jest Warszawa. Tu się przecież urodziłem, dwa razy tu walczyłem, dwa razy niszczyłem tę Warszawę w 1939 i w 1944 roku, więc nie wypada mi…

Z rozmowy Krzysztofa Masłonia z Jerzym Stefanem Stawińskim, „Ryba na piasku”:

Osiemdziesiąt metrów od nas stały niemieckie czołgi, 45-tonowe „Pantery” z frontowej dywizji pancernej „Herman Goering”. Wiedzieliśmy, że rano nas wykończą. Był to naprawdę ostatni moment, by ujść z życiem, a nie wiedzieliśmy przecież, że w kanałach czeka nas piekło. Powstanie wybuchło w ostatniej chwili, w której Niemcy rzucili przeciw Rosjanom broń pancerną. No i Rosjanie zatrzymali się przed Warszawą aż do stycznia 1945 roku. Ale, Powstanie przygotowywane przez wiele lat, musiało wybuchnąć. Żeby pokazać, że istnieje polskie narodowe wojsko i to ono ma być gospodarzem w tym kraju. Starałem się w tych opowiadaniach wydobyć całą istotę tego, czym było Powstanie Warszawskie. Tak je przeżyłem i takim je widziałem.

W grudniu 2009 roku na jednym ze spotkań z publicznością Jerzy Stefan Stawiński, zapytany, co jest dla niego najważniejsze w pracy scenopisarskiej, odpowiedział: „Prawda. Opisywanie tego, co przeżyłem, dla ludzi, którzy tamtych czasów nie znają”, a poproszony o radę dla młodych scenarzystów, odparł: „Trzeba przede wszystkim mieć coś do powiedzenia”.

Fotografie:

  1. Teresa Sułowska-Bojarska
  2. Jerzy Stefan Stawiński
  3. Powstaniec z pułku „Szwoleżerów” walczącego w Zgrupowaniu Pułku „Baszta” po kilkunastogodzinnym przejściu kanałami z Mokotowa na Śródmieście wychodzi na rogu ulic Wilczej i Alei Ujazdowskich.

[1] Rozmowa z Łączniczką Teresą Sułowską-Bojarską: https://www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/teresa-bojarska,404.html

[2] Rozmowa z Jerzym Stefanem Stawińskim; https://www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/jerzy-stefan-stawinski,506.html

Change this Subheading

Image Box Title

Change this description

Column 2

Change this Subheading

Image Box Title

Change this description

+ posts

Comments

No comments yet. Why don’t you start the discussion?

Leave a Reply

Your email address will not be published.