A oto Ja jestem z wami

A oto Ja jestem z wami

„A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do końca świata”
( część IV )

Andrzej Otomański

Przypadki inedii są, jak zresztą wszystkie inne, bardzo interesujące. Najdłuższym i chyba najbardziej intrygującym, jest przypadek Marty Robin z Francji. Urodzona w 1902 roku już jako dziecko była bardzo chorowita, cierpiąc na bóle głowy, tracąc często przytomność, zapadając na śpiączkę; miała też ataki paraliżu. Lekarze nie potrafili określić przyczyn jej choroby, podejrzewając jakieś specjalne zapalenie mózgu. Postęp choroby spowodował, iż w marcu 1928 roku Martę dotknął paraliż nóg a rok później także rąk, zaś w 1939 roku przestała widzieć. Wtedy gdy straciła władzę w nogach, pojawiła się dziwna „przypadłość”- przestała spać i jeść cokolwiek, zaś lekarze spodziewali się jej rychłej śmierci. Mimo to młoda kobieta żyła nadal, przy czym wkrótce przestała nawet pić. Od tej pory, przykuta do łóżka, bez snu, picia i jedzenia, będzie się żywiła wyłącznie Eucharystią przez 52 lata. Dodatkowo w październiku 1930r. otrzymała stygmaty związane z cotygodniowym przeżywaniem męki Pańskiej, które zaczynało się w czwartek, by po utracie przytomności w piątek, odzyskać ją w niedzielny poranek. Całą tą sytuację zawierzyła Chrystusowi, ofiarując swe cierpienia w intencjach innych ludzi. Czuła się szczęśliwa, mówiąc iż nawet gdyby mogła, nie wyrzekłaby się tego co przeżywała. 

Choć lekarze badali ją wcześniej, to takie dokładne badanie przeprowadzono w 1942r. na wniosek miejscowego biskupa, który zlecił chirurgowi i neuropsychiatrze z Lyonu zbadanie przyczyn inedii i analizy stygmatów. W konkluzji obszernego raportu lekarze potwierdzili prawdziwość stygmatów, zaznaczając, że w świetle wiedzy naukowej nie potrafią wyjaśnić mechanizmu jego powstania i utrzymywania się. Jeśli chodzi o inedię, to najdziwniejszy, jeśli można o czymś takim mówić, był fakt, iż po przyjęciu hostii Marta jej nie gryzła ani nie połykała, bo w jej ustach nie było prawie śliny. Położona na języku hostia wchłaniała się do organizmu!

Oczywistym jest, iż nie było to jedyne badanie Marty, któremu została poddana; za każdym razem wiedza medyczna i nauka w ogóle były bezradne wobec tej tajemnicy.

Tak zwane kryteria „jakości życia”, zwłaszcza te stosowane przez „postępowych etyków” uznałyby zapewne, że Marta Robin ma je bliskie zeru. Wskazaliby, iż kobieta jest pozbawiona wszelkich przyjemności, bo nie je, nie pije, nie śpi, nie pracuje, nie porusza się, itd. Dodatkowo, każdy dzień naznaczony jest cierpieniem fizycznym, więc wg „postępowców” jest idealną kandydatką do eutanazji. Jest czymś trudnym do wyobrażenia, iż mimo stanu w jakim się znajdowała, Marta nie tylko czuła się szczęśliwa, ale sama dawała pociechę i nadzieję oraz wskazywała sens życia odwiedzającym ją, a odwiedziło ją ponad 100 tys. ludzi! Przyjeżdżali do francuskiej wioski by prosić Martę o wyrwanie z rozpaczy, uzależnienia, pomocy w znalezieniu właściwej drogi życiowej, rozwiązaniu trudnych sytuacji i wielu innych kłopotów. A Marta umiała radzić, bo posiadała dar jasnowidzenia, proroctwa i czytania w ludzkich sercach, znając doskonale sekrety ludzi, których widziała pierwszy raz na oczy. Ponadto znani teolodzy przyjeżdżali do niej na konsultacje na temat rzeczywistości nadprzyrodzonej; odjeżdżali zawstydzeni.

Charakterystyczny jest końcowy efekt jednej z wizyt, którą Marcie złożył zdeklarowany ateista, filozof, lekarz i poeta Paul-Louis Couchoud. Jak sam twierdził odwiedził ją bo interesował go problem „szaleństwa mistycznego”, nie kryjąc, iż podejrzewa oszustwo. Po kilku wizytach zrezygnował z podejrzeń, przyjmując fakt istnienia inedii, przy czym jako lekarza intrygowało go samo niewytłumaczalne zjawisko. Jego racjonalny umysł wiedział, że za pomocą sugestii czy siły woli, nie da się stworzyć materii, zaś obserwując Martę podczas ekstaz widział, jak co tydzień traciła sporo krwi. Skoro jej organizm nie uzupełniał jej z powodu braku picia i jedzenia oraz nie otrzymywał koniecznych do życia składników, to dlaczego Marta Robin ciągle żyła? Te nurtujące go pytania i brak logicznej z materialnego punktu widzenia odpowiedzi spowodowały, iż na kwadrans przed śmiercią poprosił o księdza by się wyspowiadać i przyjąć Eucharystię.

Umierając w wieku 78 lat, ta sparaliżowana i niewidoma kobieta, która przez kilkadziesiąt lat nie opuściła swego pokoju, zostawiła dziedzictwo w postaci zainicjowania budowy 3 szkół i założenia katolickich wspólnot „Ognisk Miłości”, działających w wieku krajach. Pytana, jak to się dzieje, iż żyje bez pożywienia, odparła: „To nieprawda, że żyję niczym, żyję Jezusem”. Nie trzeba być teologiem, by również w osobie Marty Robin dostrzec jeden z wielu dowodów, jakiego dostarczył Pan Bóg na potwierdzenie tego, iż Jego Syn, po konsekracji, jest zawsze obecny w takim małym, niepozornym opłatku. Jakich jeszcze „znaków” mogą oczekiwać katolicy, by uwierzyć w Jego realną obecność w Eucharystii? Czy Pan Jezus może uczynić coś więcej i w ogóle czy można dostać od Niego lepszy „dowód” niż te liczne przypadki inedii? Niestety, przykre, że mimo takich dowodów jest tak mało wierzących w tę tajemnicę wśród tych, którzy się zwą katolikami.

Można powiedzieć, że Marta Robin miała „koleżankę”, która właściwie dzieliła ten sam los co i ona, bo była sparaliżowana (przez kilka lat paraliż ustępował tylko w piątek, gdy była w ekstazie, uczestnicząc w Męce Pańskiej) oraz nie żywiła się niczym, poza Eucharystią.

Alexandrina Maria da Costa była prawie rówieśniczką Marty bo urodziła się w 1904r. w małej portugalskiej wiosce, niedaleko Porto. W wieku 14 lat, ratując się przed próbą gwałtu wyskoczyła przez okno i upadła tak nieszczęśliwie, iż wkrótce została sparaliżowana; była przykuta do łóżka do momentu śmierci w 1955r. Będąc bardzo pobożną, wierzyła że zostanie przez Boga uzdrowiona, jednak Pan Bóg miał wobec niej inne plany. W 1931 roku zaczęła doświadczać objawień Chrystusa, wskutek czego pogodziła się ze swoim stanem, ofiarując swe cierpienia w intencji nawrócenia grzeszników. W październiku 1938 roku po raz pierwszy doznała przeżywania Męki Pańskiej i w jej trakcie paraliż ustąpił by po zakończonej ekstazie powrócić. Gdy papież Pius XI poświęcił świat Niepokalanemu Sercu Maryi w 1942 roku ekstazy zmieniły formę i Alexandrina przeżywała je wewnętrznie, w stanie całkowitego paraliżu. Natomiast kilka miesięcy wcześniej, w Wielki Piątek mistyczka otrzymała objawienie od Jezusa, który zapowiedział, iż to On będzie jej jedynym pokarmem. Tak też się stało. Od tej pory nie mogła niczego zjeść ani wypić, bo dostawała odruchów wymiotnych; mimo nalegań bliskich, powiedziała iż absolutnie nie odczuwa głodu, bo jest nasycona Eucharystią. Wkrótce Alexandrina stała się znana w całej Portugalii.

Ponieważ pojawiły się oskarżenia, iż Kościół wygenerował cała sprawę, biskup Bragi poprosił  lekarza opiekującego się Alexandriną o specjalistyczną obserwację, by wszystko wyjaśnić. Tak więc latem 1943 roku Alexandrina znalazła się w szpitalnej izolatce, gdzie poddano ją całodobowej, trwającej ponad miesiąc obserwacji przez zespół lekarzy i pielęgniarek. Dr Enrico Gomes di Arauji z Królewskiej Akademii Medycznej w Madrycie z dnia na dzień tracił początkową pewność siebie, kiedy był przekonany, że Alexandrina znakomicie symuluje inedię. Gdy podzielił się swymi wątpliwościami co do możliwości oszustwa z innym lekarzem, ten oskarżył go o udział w oszustwie i fałszowaniu badań. Wyjście było jedno: Hiszpan zaproponował by jego oskarżyciel sam kontynuował obserwację. Oferę przyjęto, wymieniając cały personel i przeszukując izolatkę, sądząc iż znajdzie się ukryty schowek z żywnością. Oczywiście nic nie znaleziono, zaś po 10 dniach zespół lekarski musiał wydać jedyną możliwą opinię, że nie są w stanie podać naukowego wyjaśnienia faktu trwania 40 dniowej, absolutnej głodówki, gdzie poddana obserwacji nie tylko żyje, ale jest w dobrym (poza paraliżem) stanie fizycznym i psychicznym. W podsumowaniu orzeczenia, do którego załączono mnóstwo wyników badań, stwierdzono, że ten fenomen należy do świata mistyki, gdzie nie sięgają ich kompetencje.

Teresa Neuman, Marta Robin i Alexandrina Maria da Costa nie żyły w średniowieczu, lecz w czasach gdy nauki medyczne były na tyle rozwinięte, by stwierdzić jednoznacznie, iż przypadki inedii, których doświadczyły kobiety, nie były jakimkolwiek oszustwem. Zarazem lekarze badający byli na tyle uczciwi, by postawić jedynie słuszną diagnozę: zjawisko inedii nie da się w żaden sposób wytłumaczyć naukowo, ale jednocześnie jest faktem, któremu nie można zaprzeczyć. Po prostu jego pochodzenie jest z innej rzeczywistości, tej duchowej, której „mędrca szkiełko i oko” nie jest w stanie pojąć czy zrozumieć. Wszystkie opisane przypadki były także badane przez sceptyków, wręcz ateistów, którzy potrafili ugiąć się przed niezrozumiałą dla nich tajemnicą; niektórzy z nich się nawrócili. I tu pozostaje mi zadać pytanie tym, którzy nominalnie są katolikami, wiedzą, iż powinni wierzyć w realną obecność Pana Jezusa w Eucharystii: dlaczego w to nie wierzycie, mimo tego, iż Pan Bóg zsyła takie dowody by zaradzić naszej niewierze? Co gorsza, uwaga ta dotyczy także znakomitej większości kapłanów i biskupów. Skąd to wiem? Przecież wystarczy popatrzeć na waszą postawę gdy przyjmujecie Komunię Świętą, to do osób świeckich, lub jak sprawujecie Najświętszą Ofiarę – to do kapłanów. To po prostu widać.

Rozumiem, iż jest to wprost nie pojęcia jak Pan Jezus może być obecny w małym opłatku, który po konsekracji staje się Jego Ciałem; ja sam też nie mogę tego pojąć. A nie pojmiemy tego cudu, gdy usiłujemy zrozumieć go rozumem, podczas gdy należy on do innego wymiaru – tego duchowego. Lecz gdy Pan Bóg daje taki znak – dowód obecności Swego Syna w Eucharystii, jak w opisanych przypadkach, a to nie koniec bo jeszcze nie napisałem o Cudach Eucharystycznych, które świetnie uzupełniają zjawisko inedii, to czy można Mu nie wierzyć? Niestety, można. I w tym „można”, zawiera się cała tragedia niewiary tych, którzy mając wszystkie zmysły są ślepi i głusi by usłyszeć i zobaczyć tak wspaniałe dzieła. Jakże wiele mówiącym jest to, iż w obecność Chrystusa w Eucharystii wierzą sataniści kradnący Hostie by je profanować w swoich wyuzdanych imprezach. Czy nie zasadne i przerażające przy tym jest znane pytanie Pana Jezusa: „Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę gdy przyjdzie na ziemię?” No, raczej będzie ciężko, Panie….

+ posts

Comments

No comments yet. Why don’t you start the discussion?

Leave a Reply

Your email address will not be published.