Życie jest jak podróż – spakuj to, co najpotrzebniejsze!

Życie jest jak podróż – spakuj to, co najpotrzebniejsze!

Dr Mira Modelska-Creech dla Republika Polonia

Życie jest jak podróż – spakuj tylko to, co najbardziej potrzebne

Ósmego sierpnia 2022 r., a był to poniedziałek, miałam wielkie szczęście zwiedzić wystawę twórczości Tamary Łempickiej. A propos wystawa jest otwarta tylko do 14.08. Niezależnie od wszystkiego, myślę, że dział promocji Muzeum zrobił doskonałą robotę popularyzując wspaniały etos malarki polskiego pochodzenia, która jakkolwiek żyła poza granicami kraju, to w sposób nadzwyczajny oddała naszego „ducha kulturowego”.

Malarka urodzona w Warszawie, a następnie z imperialnego Petersburga po działaniach rewolucyjnych przenosi się do Europy Zachodniej, najpierw przez kraje skandynawskie, docelowo do Francji. Na tym etapie życia Tamary Łempickiej dokonuje niemalże cudu.

My współcześni, ci którzy formalnie nie studiowali historii tego okresu, nie zdajemy sobie sprawy z dramaturgii tamtych przemian. Przywołam cytat, który był ciągle powtarzaną historią rodzinną, a mianowicie babcia sprzedaje majątek ziemski na skutek śmierci męża w I wojnie światowej, po czym błyskawicznie przychodzi wymiana pieniędzy i biedaczka za ów majątek otrzymuje równowartość w postaci pudełka od zapałek.

W tym okresie Tamara dokonuje jeszcze jednego heroicznego czynu. „Wyciąga” męża z aresztu NKWD. Uważam czyn ten za prawdziwie heroiczny bez względu na to, jak tego dokonała. Wówczas Tamara i Tadeusz spędzają wspólnie swoje dni w Paryżu. Niestety, ale Tadeusz reprezentował dziedzinę, która jego rodzinie zapewniała byt, ale, jak wiemy, prawa w każdym kraju są inne, a więc jego wykształcenie zdobyte na uniwersytetach w Rosji zapewne utrudniało rodzinie możliwość normalnej egzystencji. Akurat malarstwo, czyli sztuka wizualna, podobnie jak też muzyka, są uniwersalne, i Tamarze było łatwiej przebić się poprzez kręgi sztuki do kręgów tzw. towarzyskich, a następnie marszandów, od których zależały wystawy i sprzedaże.

Proszę łaskawie skoncentrować się na zdjęciach, które robiła Magdalena Goździkowska, a zobaczycie Państwo, że w życiu Tamary Łempickiej wszystko kojarzyło się z pięknem, było wyrazem piękna, jednym słowem – Tamara żyła dla piękna.

 

Tamara w swoich portretach-kompozycjach figuratywnych i abstrakcyjnych była nie tylko malarką pozującego jej modela, ale była też malarką portretu psychologicznego. Każdy obraz Tamary ma dwa „dna”. Dno pierwsze: aspekty fizyczne, dno drugie: psychologia. Za jeden z najbardziej psychologicznych portretów ja osobiście uważam portret zakonnicy. To nie piękno fizyczne, a piękno i dramatyzm psychologiczny, które przykuwają nas do tego portretu. Gdybyśmy zbudowali skalę (co byłoby, rzecz jasna, nonsensem) od obrazów pięknych do obrazów wstrząsających nas swoim smutkiem, to piękna sufrażystka w cudownym samochodzie Buggati, a następnie dziewczyny w zielonych sukniach oraz Panna Iri Dziewczyna z mandoliną zapewne będą najbardziej reprezentatywne dla kategorii pięknych dam. Męskie piękno zapewne symbolizuje Tadeusz, mąż Tamary, jakkolwiek malowany był w okresie, kiedy para przechodziła turbulencje małżeńskie, to w moim odczycie jest uosobieniem klasycznej harmonii mężczyzny wszechmocnego.

Dopełnieniem obrazu wielkiej Tamary są didaskalia typu kapelusze, rękawiczki, które nosiła sama, ale też posługiwała się nimi przy pracy z osobą portretowaną. Ażeby dopełnić estetyczność epoki, organizatorzy pokazali nam meble secesyjne oraz porcelanę secesyjną i Bauhaus.

Zarówno dział promocji, jak i też kustosze artystyczni Warszawy wykonali nadzwyczajnie pozytywną pracę. W Lublinie mówiono mi, że na 2 lub 3 miesiące przed otwarciem wystawy po mieście jeździły autobusy zapowiadające wystawę. Jeśli rzeczywiście tak było, to wszyscy ci, którzy zaangażowani są w wystawiennictwo, powinni brać przykład od Muzeum Narodowego w Lublinie. Bardzo często osobiście po zwiedzeniu jakiejś wystawy, marzę o nabyciu materiałów, które pozwolą mi ową wystawę zachować na zawsze w pamięci, a będą to najczęściej katalogi, pocztówki oraz reprinty obrazów. Wyrażę się w następujący sposób: odwiedziłam wszystkie wielkie muzea świata i dopiero tylko tu w Lublinie doznałam pełnej satysfakcji nabywając gadżety z wystawy, łącznie z przepiękną chustką, na której mamy reprint obrazu i która była wykonana we Włoszech z włoskiego jedwabiu. Pomijając cenę, mianowicie ponad 100 dolarów, to nawet niezamożne osoby były tak dalece zniewolone pięknem owej chustki, że właściwie w sklepiku muzealnym był po nią tłok. Oglądając tę chustkę widzimy przepaść jakościową między produktem włoskim a chińskim. A więc raz jeszcze podkreślam, iż dział promocji wykazał się prawdziwym mistrzostwem i zrozumieniem, czego ludzie pragną.

Mój poniedziałek z Tamarą był dniem obcowania z prawdziwym pięknem i głębią psychologiczną, w której za każdym razem można było się zatapiać, obserwując obraz po obrazie. Jeżeli Muzeum Narodowe w Lublinie ma tak wybitnych specjalistów do robienia wystaw, to obiecałam sobie, że będę specjalnie z Warszawy przyjeżdżać na otwarcia ich wystaw.

We wcześniejszym moim artykule na temat Tamary Łempickiej koncentrowałam się na sprawach  stylu, tym jednak razem chcę się skupić na aspektach wystawienniczych.

Wielu malarzy tłumaczyło mi, że niewłaściwe pas partu lub niewłaściwa rama mogą zarżnąć obraz. Na wystawie w Lublinie nie dopatrzyłam się niczego takiego.

Wstrząsający dla mnie był obraz namalowany w 1940 roku pod tytułem „Ucieczka albo gdzieś w Europie”. Recenzenci mówią, że jest on odzwierciedleniem lęków samej Tamary przed wojną i kolejną przeprowadzką w nieznane. Kobieta w bardzo spracowanych dłoniach trzyma zawiniątko z niemowlęciem, powichrowane włosy i przerażenie malujące się na twarzy wyrażają lęk przed nieznanym. Oczywiście osoba mająca wspomnienia z brutalności rewolucji bolszewickiej lepiej od innych zdaje sobie sprawę, co niesie ze sobą wojna, a w szczególności dla najsłabszych. Matka z niemowlęciem to na pewno najsłabsi i wiemy, że idące w ruinę państwowości w czasie wojen nie będą mogły matce z niemowlęciem w żaden sposób pomóc.

Trzy piękne obrazy uwieczniające Kizette, czyli córkę malarki w szkole z internatem oraz w czasie Pierwszej Komunii, ukazują dziewczynkę w niebiańskich ujęciach i czuje się w tych obrazach miłość matki do córki.

Po wyjściu z wystawy uświadomiłam sobie, że to właśnie sztuka zmienia naszą świadomość  ze stresu na harmonię. Powinniśmy mieć więcej obcowania z wybitną i piękną sztuką, ażeby samym stawać się lepszymi. Tamara dokonała takiej magii, że już do końca dnia byłam bardzo szczęśliwa i czułam, że niedługo wyrosną mi skrzydełka.

Obrazy te były swego rodzaju duchowymi rakietami i pędziły gdzieś bardzo wysoko, zaś kolekcja mebli, porcelany i szkła sprawdzała nas na ziemię, co tworzyło doskonałą symbiozę „lotu wzwyż” i „stąpania po ziemi”. Bardzo ważne, ażeby zawsze przy wystawie danego twórcy ukazać też epokę, w jakiej żył. W tym wypadku Muzeum Narodowe w Lublinie oprócz mebli i porcelany demonstruje modę epoki oraz udział Łempickiej w jej kształtowaniu. Oczywiście nikt lepiej od autoportretu Łempickiej w zdjęciach nie może oddać jej interpretacji mody. Ta kobieta sama jest nosicielem piękna. Jej fryzury, kreacje, jej przepiękne ręce i biżuteria ponownie prowadzą nas do krainy magicznego piękna.

Czytelnicy Republiki Polonia tym razem zapewne już nie zdążą obejrzeć wystawy, ale zróbcie to Państwo koniecznie następnym razem, jeżeli wystawa taka będzie miała miejsce, a jestem przekonana, że na pewno tak. A propo – następna wystawa obrazów Tamary Łempickiej odbędzie się 8.09 w Muzeum Narodowym w Krakowie, a potem w Konstancinie w prywatnej galerii kolekcjonera jej prac.

Na chwilę dzisiejszą staram się kompensować Państwu wystawę zdjęciami. Życzę oddania się medytacji nad każdym zdjęciem, które załączam w artykule.

Dr Mira Modelska-Creech
+ posts

Comments

No comments yet. Why don’t you start the discussion?

Leave a Reply

Your email address will not be published.