Byłem kurierem „Kultury” aż do upadku komuny

Byłem kurierem „Kultury” aż do upadku komuny
Kpt. J. Gawlowicz

48 godzin w areszcie, a potem wizyta u Giedroycia

Byłem kurierem „Kultury” aż do upadku komuny

Józef Gawłowicz

W czerwcu 1970 r. wracałem z półrocznego rejsu afrykańskiego do Szczecina na drobnicowcu Polskich Linii Oceanicznych m/s „Kraków”. Jako drugi oficer właśnie kończyłem wachtę portową o godzinie dwudziestej, po czym miałem wolną całą dobę. Przed końcem wachty w małym zbiorniku zasłabł celnik Przybylski, wezwałem więc natychmiast karetkę. Gdy zaczęto reanimację, zszedłem ze statku. Była to niedziela i równocześnie Święto Morza, które latem obchodzono w Szczecinie bardzo hucznie. Na Wałach Chrobrego sprzedawano tanie piwo i kiełbaski, toteż wieczorem włóczyło się po mieście mnóstwo pijanej młodzieży. Najbardziej agresywni trafiali do „suk”, czyli aut milicyjnych. Jeden z marynarzy przekazał mi telefonicznie już do domu wiadomość, że reanimacja celnika się nie udała. Z kolei około szóstej nad ranem zapudłowano prawie całą załogę maszynową z m/s „Kraków”, oszczędzając tylko drugiego mechanika, Jerzego Hamerskiego.

Śmierć na służbie wybitnego szczecińskiego celnika wywołała efekt domina. W poniedziałek rano usłyszałem dzwonek do drzwi, a w wizjerze zauważyłem przystojnego bruneta z drugim mężczyzną. Wpuściłem ich do mieszkania, niczego nie przeczuwając, zwłaszcza że jako wzrokowiec – jakim był każdy nawigator – przypomniałem sobie, skąd znam tego bruneta.

Otóż będąc jeszcze w Szkole Morskiej w Gdyni, wybierałem się w niektóre soboty kolejką do Pruszcza Gdańskiego, gdzie w Technikum Ogrodniczym pobierał nauki mój kuzyn Staszek Chmura. Do szkoły tej uczęszczały głównie córki tzw. badylarzy, mające w perspektywie objęcie po rodzicach intratnego w PRL-u biznesu, toteż dla studenta męskiej Szkoły Morskiej tamtejsze potańcówki były bardzo atrakcyjne. Staszek uwielbiał przebierać się w mój mundur, aby zaszpanować wśród swoich znajomych. Miał do tego zdolności wokalne, więc przy akompaniamencie gitary wykonywał otrzymane ode mnie szanty, mało wtedy jeszcze w Polsce znane. Na saksofonie przygrywał pewien jego kolega, i to on właśnie zapukał wówczas w Szczecinie do moich drzwi. Zapytałem, czy przynosi mi pozdrowienia od kuzyna i czy zechciałby ze swoim kumplem napić się rumu „coco”, bo właśnie wróciłem z rejsu. Ten drugi odrzekł na to ironicznie:

– Zaraz my panu zrobimy „coco”. Aresztuję pana! – powiedział, pokazawszy przytroczony do krótkiego rzemyka u paska znaczek z orłem.

Sądziłem, że to żart, spróbowałem więc zakpić z saksofonisty:

– Pracujesz w milicji? Tanio się sprzedałeś.

Tym stwierdzeniem wprawiłem go w zakłopotanie, gdy tymczasem jego towarzysz, bardziej agresywny, zachował się jak w amerykańskim filmie kryminalnym:

– Wszystko, co pan powie, będzie wykorzystane przeciwko panu. Aresztujemy pana w związku ze śmiercią szefa brygady celnej.

Już miałem odpowiedzieć: „Ach, tylko o to chodzi”, jednak ugryzłem się w język. Przecież natychmiast zrobiliby mi w mieszkaniu rewizję i wtedy znaleźliby paryską „Kulturę”, zaś na statku przeprowadziliby rewizję dokładniejszą. Przybrałem więc minę obojętną. Były saksofonista pochwalił moją pamięć wzrokową i opanowanie. Nie wiedział, że władza ludowa już mnie raz przymknęła – w roku 1968. Drugiego aresztowania już się tak nie przeżywa.

Poprosiłem, aby pozwolili mi skorzystać z telefonu. Zadzwoniłem do biblioteki Szkoły Morskiej i powiadomiłem żonę, że zabierają mnie i że wrócę za 48 godzin – tak wtedy sądziłem. Żona była w pierwszej ciąży, nie chciałem, by ta wiadomość spadła na nią nagle. Ważyłem też każde słowo, aby nie popełnić jakiejś gafy, co mogłoby naprowadzić funkcjonariuszy na statkową „dziuplę”. Była tam bowiem schowana duża paka z wydawnictwami „Kultury” oraz kilka tysięcy włoskich świętych obrazków na prymicyjną Mszę św. brata ks. Murawskiego, mojego przyjaciela z Sandomierza. Gdyby te rzeczy znaleźli, automatycznie stałbym się polityczno-klerykalnym dywersantem ideologicznym i Bóg wie, kim jeszcze. Dlatego zachowywałem się poprawnie, nie chcąc drażnić obu panów.

W portierni aresztu oddałem pasek, sznurówki, obrączkę „z żółtego metalu” (tak zapisano w protokole) i zegarek, po czym wepchnięto mnie do celi, gdzie za drzwiami leżał czysty ręcznik. Wytarłem w niego nogi, udając recydywistę, a najstarszy wiekiem aresztant (pseudo „Dziadek”) przywitał mnie wylewnie:

– Cześć, skur…! Z którego paragrafu?

Tu jednak mnie przecenił, bo na paragrafach się nie znałem. Odpowiedziałem więc: „niewinny”.

– Dobrze, dobrze – powiedział „Dziadek” – my tu wszyscy niewinni, ale każdy ma coś na sumieniu. Gadaj!

– Jestem drugim oficerem na m/s „Kraków” i zwinęli mnie, bo w dniu przypłynięcia umarł celnik. Dobry celnik.

– O kur…! – zaklął „Dziadek” – za ukatrupienie funkcjonariusza na służbie dostaje się najmniej dychę!

Wkrótce dowiedziałem się od aresztantów, że sprawa jest „gruba”. Najmłodszy w celi aż jęknął.

– Zaraz, zaraz – nikt celnika nie ukatrupił. Wlazł do dusznego pomieszczenia i stanęła mu pompka – próbowałem dostroić się językowo do stylu „Dziadka”.

– Ale będzie draka, że jakiś wasz marynarz go ukatrupił. Szybko cię nie wypuszczą.

Wtedy poczułem dziwny chłód w żołądku. Każdy człowiek inaczej reaguje na złe i bardzo złe wiadomości. Tu rozmawiał ze mną doświadczony recydywista, który musiał wiedzieć, że za coś takiego dostaje się dychę, i to najmniej. W takim przypadku załoga maszynowa (jeśli coś jej udowodnią) dostanie po 15 lat, a ja, oficer służbowy (jeśli zeznają, że działałem z nimi) – 10. Tak miałaby się zakończyć moja kariera pływającego marynarza? Tylko dlatego, że komisarz czy nadkomisarz (tak oficjalnie nazywają celników) śp. Przybylski w Święto Morza wybrał na kontrolę m/s „Kraków”?

W Polsce Ludowej każdy wyrok był możliwy.

Jeśli za dobre sprawowanie wyszedłbym po 7 latach odsiadki, to moje dziecko, jeśli urodzi się zdrowe, będzie już chodzić do szkoły. Poza tym nie mam jeszcze trzydziestki, a więc zmarnuję najlepsze lata. Widocznie trochę przybladłem, bo „Dziadek” klepnął mnie poufale i powiedział:

– Żartowałem. Ale szybko cię nie wypuszczą. Zapamiętaj na wszelki wypadek – do niczego się nie przyznawaj, to zawsze dostaniesz tylko pół wyroku.

Niemniej dotarło do mnie, że o ile za zrzucenie z głowy czapki cywilowi można dostać tylko mandat (jeśli zobaczy to milicjant), to już za zrzucenie czapki temuż milicjantowi idzie się do paki na 48 godzin, a później staje się przed kolegium.

Te dwie doby w więzieniu to właśnie cała nasza „ludowa sprawiedliwość”. Nie trzeba stawiać zarzutu, by kogoś zamknąć, a po wypuszczeniu nikt aresztowanego nie przeprasza.

Tego jednak, co człowiek wtedy przeżył, nikt mu nie odbierze. Pomyślałem, że jeśli mnie szybko nie wypuszczą, a w mieszkaniu trafią na „Kulturę”, przeryją cały statek i znajdą resztę. Byłem więc na poważnym życiowym zakręcie. To, że przewoziłem „Kulturę”, mimo niewątpliwego ryzyka, miało też jednak jasną stronę – zyskiwałem nieco szerszą perspektywę. Wiedziałem na przykład, że oprócz „ludowej sprawiedliwości” w krajach „obozu pokoju” istnieje również „ludowa moralność”. Zdałem więc sobie sprawę, że „Dziadek” mocno przesadził – jak można dostać dychę za rzekome przestępstwo, co do którego nie ma śladu dowodów?

Rozejrzałem się po współwięźniach – cela była 3-osobowa, a ja przyszedłem jako piąty.

– Caramba – powiedziałem, żeby rozładować napięcie i zmienić temat – jak my będziemy spać?

– Spokojna głowa! – mruknął „Dziadek”. – W szczycie nocowaliśmy na tej podłodze w siódemkę.

Zaraz do rozmowy włączył się blondyn, którego „Dziadek” nazywał „Sarną”.

– Ty umiesz po hiszpańsku? Może zrobiłbyś kilka lekcji?

Propozycja ta spadła mi jak z nieba. Najgorsza jest bezczynność i głupie rozmowy, a tu będzie jakieś konkretne zajęcie.

– Oczywiście, możemy zacząć nawet zaraz.

Okazało się, że „Sarna” i jego kolega byli cinkciarzami, zwiniętymi przez milicję w hotelu „Piast”, gdzie podobno pili tylko cytrynadę.

Obaj przyznali, że znają angielski, ale gdy czasem zaczepią jakiegoś śniadego dżentelmena, to na pytanie: Change money? dostają odpowiedź: No capisco. Odparłem, że hiszpański, po angielskim, jest dla marynarza najważniejszy, bo od Rio Grande do Tierra del Fuego rozmawia w tym języku przeszło 300 mln ludzi. W Brazylii zaś prawie 200 mln mówi po portugalsku, który jest do niego podobny. Ponadto znając hiszpański, można dogadać się z Włochem, a śpiewnie wymawiając końcówki wyrazów także z Francuzem. „Sarna” poczęstował mnie papierosem i ulepiliśmy z chleba dwie malutkie kukiełki.

Zacząłem od zdań najprostszych: Esto es una muchacha. Esto es un muchacho. (To jest dziewczyna. To jest chłopiec). La muchacha es guapa. (Dziewczyna jest przystojna). „Sarna” i „Aleks” łapali w mig. „Dziadka” nauka nie interesowała, ale najmłodszy, zwany po prostu „Małolatem”, od czasu do czasu o coś pytał. W pewnym momencie „Sarna” ostrzegł go:

– Jak nam dzisiaj nie dasz spać, to ci znowu przy……

Okazało się, że „Małolat” niedzielnego wieczoru oblał kogoś piwem i został zwinięty wprost z zabawy na Wałach Chrobrego. W nocy lamentował w celi do momentu, kiedy „Sarna” uderzył go i w ten sposób uśpił. „Małolat” spoglądał więc na niego ze strachem, a do mnie instynktownie zwracał się z respektem. Do obiadu udzieliłem cinkciarzom dwóch 45-minutowych lekcji hiszpańskiego, z jedną przerwą na papierosa. Po obiedzie ochoczo zażądali następnych dwu lekcji, ale powiedziałem im, że żołądek, trawiąc, przechwytuje krew płynącą do mózgu i nauka niewiele daje.

Przy poobiednim papierosku „Dziadek” przyznał się, że kradł z kumplem koce z magazynu hotelu robotniczego. Wpadli, ale kompan uciekł, bo młodszy i szybszy. „Dziadek” oczywiście nie zdradził go i nie zdradzi. „Małolat” z kolei zaczął się żalić, że zwariuje, jeśli go nie wypuszczą. Kiedy „Sarna” zamierzył się, żeby go uderzyć, powiedziałem:

– Dość tego! Kryzys już mu mija.

A do przerażonego chłopca szepnąłem:

– Jutro cię wypuszczą. – Wtedy złapał mnie za rękę, a oczy miał bardzo zdziwione. Spytał:

– Skąd pan wie?

– Zobaczysz, jutro przed obiadem.

Oczywiście kryzys „Małolata” minął jak ręką odjął. Zaczął coś sobie na głos planować, podskakiwał, nastrój wyraźnie mu się poprawił. Nadzieja jest świetnym lekarstwem. Po południu „Sarna” i „Aleks” znów zadziwiali mnie tempem, w jakim przyswajali materiał językowy. Potrafili zbudować już kilka zdań w czasie teraźniejszym i przyszłym. Po kolacji „Sarna” zapytał mnie, czy chciałbym się czegoś dowiedzieć o aresztowanych z m/s „Kraków”. Oczywiście, odpowiedziałem bez namysłu.

– Da się zrobić – odparł – jutro służbę ma mój klawisz.

Powiedział to tak, że łatwo można się było domyślić, iż zna tych milicjantów więcej. Kiedy wniesiono cztery materace i pięć koców, „Dziadek” zarządził, że śpimy na prawym boku, a po dwóch godzinach, na jego komendę, przewrócimy się na lewy. Dwie godziny później polecenie, aby znów się odwrócić, miał wydać „Sarna”, a po następnych dwóch – „Aleks”. Następnie miał nas już obudzić klawisz, znajomy „Sarny”, który rano obejmie służbę.

Leżąc, myślałem o tym, jak wspaniałym wytworem Boga jest ludzki mózg – wszystkie organy na niego pracują, żeby był dotleniony, ukrwiony i miał odpowiednią temperaturę, a jego delikatną substancję stale chroni twarda czaszka. Gdy te warunki są spełnione, mózg, jak wódz podczas kampanii, rozgrywa bitwę o życie. Kiedy organizm zostanie zaatakowany czymś, co wielcy uczeni nazwali stresem, mózg wydaje rozkazy, aby go opanować i zwalczyć. Przeznaczeniem człowieka jest życie na wolności. Jeśli świadomie ją ograniczy, wybierając na przykład zawód marynarza, taki wybór może go uczynić w pełni szczęśliwym.

Po dwóch dniach odsiadki prokurator zarządził tzw. sankcję dla aresztowanej załogi m/s „ Kraków”.

„Sarna” zasięgnął języka przez zaprzyjaźnionego klawisza. Milicja i Urząd Celny namierzały moich kolegów z m/s „Kraków” już na początku stycznia, kiedy statek wypływał w rejs. Nic jednak nie znaleziono, bo kolorowe metale na sprzedaż za granicą schowane były perfekcyjnie. Płynął też na statku jakiś kapuś, dlatego wracający z rejsu „Kraków” sprawdzała czarna brygada pod kierunkiem asa Przybylskiego. Jego nagła śmierć sprawiła, że grupy maszynowej nie zwinięto od razu. Poczekano do nocy, kiedy specjalnie wynajęty kierowca wywoził z portu kilka rolek ortalionu, właśnie z „Krakowa”. Wtedy wyłuskano z łóżek całą grupę, a kolejny kapuś, już w ich celi, tłumaczył, że lepiej przyznać się do przemytu, to wyrok będzie symboliczny.

Tak też się stało. Mnie pierwszego wypuszczono w sobotę rano, gdyż mechanicy zeznali, że nie miałem z ich grupą nic wspólnego. Klawisz zabrał mnie z celi i zaprowadził do pokoju depozytów, gdzie pokwitowałem odbiór krawata, sznurówek, zegarka, kluczy i obrączki „z żółtego metalu”.

Kiedy wyszedłem na zalany słońcem róg ulic Mazurskiej i Jedności Narodowej, wykonałem kilka głębokich wdechów, ciesząc się „wolnym” powietrzem.

Po dwóch dniach, udając się na statek, trafiłem na moment, kiedy w bramie portu nie było celnika. Grubas, który przyszedł pełnić służbę na statku, musiał być bardzo głodny, bo zasiadł wtedy w pentrze nad dwoma półmiskami wędlin. W sportowym worku przeniosłem więc obrazki prymicyjne i całą bibułę przykrytą owocami południowymi.

Gdy opadły emocje, zapytałem adwokata Antoniego Podemskiego, co robić. Poradził, abym wypłynął chociaż w jeden krótki rejs. Udałem się więc do kadrowca Zbigniewa Ligierki, któremu podlegał „Kraków”. Zgodził się on z sugestią prawnika, dodając:

– Musisz wypłynąć na takim statku, który często zawija do kraju, żeby milicja miała cię teoretycznie pod ręką!

Grywałem z Ligierką w siatkówkę. Znaliśmy się kilka lat, więc mogłem liczyć na jego pomoc, zwłaszcza że w tym czasie zaocznie studiował prawo i znał różne kruczki. Uprzedził mnie, że milicja to nawet nie przeprosi za swoją pomyłkę, ale armator ma pewien obowiązek wynagrodzić mi straty moralne za to, że wszystko wydarzyło się na jego statku. Na początku lipca znaleziono mi więc mały drobnicowiec „Elbląg”, pływający do Rouen, Dublina i Manchesteru. Dodatkowo, za wspomniane straty moralne i finansowe, awansowano mnie na pierwszego oficera.

Kupiłem jeszcze tzw. bilet rodzinny dla Łucji, siostry mojej żony, studentki IV roku rusycystyki w Krakowie, wiedząc, że ekipa z Lafitu, czyli paryskiej „Kultury”, współpracuje z sowieckimi dysydentami. Dowódcą „Elbląga” był dystyngowany szlachcic Alfred de Chudecki, absolwent przedwojennej Szkoły Morskiej z roku 1936, jeden z ośmiu naówczas bezpartyjnych kapitanów w Polskich Liniach Oceanicznych.

Znów dopisało mi szczęście, więc postanowiłem pójść za ciosem. Podczas żeglugi z francuskim pilotem po Sekwanie poprosiłem kapitana, aby pozwolił mi wyskoczyć na jeden dzień do Paryża, bym mógł szwagierce pokazać miasto. Kapitan, władający językiem francuskim, zgodził się na moją prośbę twierdząc, że przecież nie można stracić okazji zwiedzenia centrum światowej kultury. Mając od Kazimierza Dendury, który był u Giedroycia rok wcześniej, dokładną instrukcję, jak jechać do Maisons-Laffitte, kupiłem bilety na ekspres z Rouen do stacji Gare Saint Lazaire. Tam przesiedliśmy się w podmiejską kolejkę kursującą do Maisons-Laffitte. Małe miasteczka mają tę zaletę, że każdy przechodzień wskaże właściwą drogę. Na dworcu dowiedziałem się, że musimy iść Avenue de Charles de Gaulle, która płynnie przejdzie w Avenue de Poissy. Gimnastycznym krokiem zajęło nam to 12 minut. Nacisnąłem dzwonek z numerem 91 obok mosiężnej tabliczki z napisem „KULTURA”. Redaktor i jego sztab zostali telefonicznie uprzedzeni o naszej wizycie, więc pani Zosia otworzyła furtę i kordialnie nas przywitała. Na powitanie zaszczekał też piesek wabiący się Fax (musiał mieć imię kojarzące się z wydawnictwem).

Rozglądałem się, czy nikt nas nie śledzi. Po przekroczeniu furtki znaleźliśmy się w najbardziej znienawidzonym przez komunistów Instytucie Literackim. Weszliśmy do środka. Tam prawice podali nam Zygmunt Hertz, mąż Zosi, oraz sam Naczelny – Jerzy Giedroyć. Jako głowa Instytutu najbardziej zainteresowany był podczas rozmowy sprawami krajowymi, a państwo Hertzowie – politycznymi dowcipami. Konwersowaliśmy około godziny, po czym razem z Hertzem zszedłem do magazynu, gdzie pozwolił mi – podobnie jak wcześniej Dendurze – wziąć tyle książek, ile udźwignę. Poczułem się jak w sezamie. Tworząc paczkę, którą miałem ze sobą zabrać, czułem adrenalinę. Musiałem dokonać selekcji, a chciałem zabrać książek „na maksa”.

Podczas wizyty, siedząc przy dużym, antycznym stole, dyskretnie obserwowałem gospodarzy. Giedroyć, zadając pytania, zawieszał na mnie spojrzenie, wydawało mi się, że nieufne, natomiast małżeństwo Hertzów było zupełnie na luzie. Do wyjścia odprowadził nas sam Giedroyć.

– Jeśli pływają na pana statku pasażerowie, czy ja też mógłbym odbyć taki rejs? – zapytał.

– Będzie to dla mnie zaszczyt.

– Oczywiście żartuję – powiedział Redaktor

Do Rouen wróciliśmy nocą. Nasze plecaki nie zwróciły na trapie statku niczyjej uwagi, bo każdy coś kupował. Dla towarzyszki podróży miałem dodatkowe tłumaczenie – wiedza, szczególnie ta oficjalnie zakazana – zawsze jest ciężka. Ona z pewnym przestrachem powiedziała:

– Jeśli wpadnę, wyśpiewam wszystko albo jeszcze więcej. To, co robisz, jest szaleństwem. Instytut jest utrzymywany przez CIA!

– Jakie CIA, na miłość boską! Utrzymują go Polacy jęczący pod jarzmem kapitalizmu!

– Niemniej to szaleństwo, z którym nie chcę mieć nic wspólnego!

Zrozumiałem, że to efekt „ludowej” propagandy.

Na statku wypakowałem książki do zamykanych szuflad, aby steward, który sprząta moją kabinę, nie natknął się na żaden tytuł; stewardzi pracowali niekiedy dla SB. Przecież oprócz najbardziej zakazanej w kraju powieści Stalińskiego „Widziane z góry” miałem także dwie cegły: Tyrmanda „Życie towarzyskie i uczuciowe” oraz Weissberga-Cybulskiego „Wielką czystkę”, której tytuł mógł zwrócić uwagę każdego. Tak samo gorącymi pozycjami były dwa tomy o wydarzeniach marcowych. W oczy rzucały się też „Upiory rewolucji”. Giedroyć dodał ponadto rosyjskie wydanie „W krugie pierwom” Sołżenicyna. Lekturę zacząłem od tomiska „Znasz-li ten kraj?” i zarwałem kawał nocy. Następnego dnia pracowałem trochę śnięty, ale kapitan wyrozumiale wziął to na karb paryskich rozrywek.

W Szczecinie po powrocie dostałem kolejną dawkę adrenaliny. Ligierko polecił mi zgłosić się do Komendy Wojewódzkiej MO, zameldować, że wróciłem z krótkiego rejsu, oraz spokojnie znieść krzyki i fanaberie funkcjonariusza, który ten meldunek odbierze. Był nim napuszony major, który wrzeszczał i klął non stop, wymachując mi przed nosem dwiema rękami.

– Kto was wypuścił? – zawył dziwnym dyszkantem.

– Pan inspektor Zbigniew Ligierko – odparłem, udając przestrach, i dodałem – jednak wróciłem do kraju!

– Wiem, bo was tu, kur…, widzę! – podniósł głos jeszcze bardziej – ale burdel robi się latem na statkach!

– Mnie wszystko jedno, mogę wyokrętować choćby dzisiaj.

Rozumiałem, że major dobrze wie, iż zdejmowanie mnie ze statku w tym momencie nie ma sensu – wróciwszy do kraju, udowodniłem, że nie zamierzam uciekać z Polski, a pośrednio potwierdziłem, że mam niewiele wspólnego z niedawną wpadką na „Krakowie”. Dumał, dumał, w końcu położył swoje ruchliwe dłonie na ceracie stołu i oświadczył:

– Nie będziemy tego burdelu powiększać! Płyńcie w następny rejs i przywieźcie francuski koniak. Tylko nie ten z kogutem!

Mój rozmówca znał od kapusiów realia linii, na której pływał „Elbląg”. W Rouen marynarze chowali między ładunkami całe kartony podłego brandy ze złoconą etykietką przedstawiającą okazałego koguta. Sprzedawano ten „koniak” w Dublinie. Jeśli marynarze akurat musieli wypić ten specjał – przez dwa dni nie mogli pozbyć się kaca. Major widocznie w przeszłości też go skosztował i miał złe wspomnienia, przywiozłem mu więc Martella.

Ten mój powrót do kraju miał ogromne znaczenie, bo udaremnił esbekom pretekst, aby zabrać mi książeczkę żeglarską. Bez niej zaś nie wychyliłbym nosa poza granice kraju, a o przywożeniu „Kultury” musiałbym zapomnieć na długie lata.

Ani dzisiejszy czytelnik, trzymający paszport we własnym domu, ani obecny absolwent Akademii Morskiej, otrzymujący książeczkę żeglarską bez policyjnego badania, czy nie ma np. wujka w Glasgow, niełatwo zrozumieją warunki, jakie panowały kiedyś w obozie komunistycznym.

Przede wszystkim zaś nie zrozumieją tego, że młodzi ludzie z mojego środowiska, którzy kochali swój zawód, drżeli przed utratą książeczki żeglarskiej, o czym mógł zdecydować byle kaprys umundurowanego urzędasa.

Ta wizyta przypieczętowała również mój staż kurierski po pełnych siedmiu latach przemytu bibuły. Latem 1963 r., cumując statkiem w Londynie, kupiłem w Ognisku Polskim dzieło Pasternaka „Doktor Żywago”, w którym był kartonik z Paryża informujący, że „Kultura” wysyła egzemplarze okazowe oraz katalogi tego wydawnictwa na wszystkie strony świata. Od czasu odesłania tego kartonika zostałem kurierem „Kultury” na kraj aż do upadku komunistycznego ustroju.

 

Artykuł ukazał się oryginalnie w miesięczniku Wpis – Wiara, Patriotyzm i Sztuka, maj-czerwiec 2024 tu: https://e-wpis.pl/ 

 

Comments

No comments yet. Why don’t you start the discussion?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *