Więźniarka Auschwitz i Ravensbrück

Więźniarka Auschwitz i Ravensbrück

Jadwiga Mandukówna – więźniarka Auschwitz i Ravensbrück 

Nigdy nie poddawała się opresjom

Prof. Wacław Leszczyński

 

Jadwigę z grupą więźniarek wywieziono do niemieckiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück, gdzie nadano jej numer obozowy 45170 i zerwano z palca obrączkę. Od 1 sierpnia 1944 r. trzymana była w Zellendorf-Kunstseidewerklager, filii KL Ravensbrück, w obrębie Berlina, pracując w wytwórni sztucznego jedwabiu. W październiku 1944 r. przewieziono ją do Block Pert (Oberschöne-Weide, Oberspree), filii KL Oranienburg-Sachsenhausen, w obrębie Berlina. Tam, jako numer 3486, pracowała w wytwórni baterii elektrycznych do zapalników bomb lotniczych. W obu fabrykach prowadziła sabotaż, obniżając wydajność, a zapalniki zaopatrzone w te baterie z pewnością nie zawsze spełniały swe zadanie.

Jadwiga w Blocku Pert zaprzyjaźniła się z więźniarkami francuskimi. Kiedy przekazały jej, w ich pojęciu radosną, wieść o zajęciu Warszawy przez wojska sowieckie, bardzo były zdziwione, że Madame Hedwige (Edwiż) Lecińska nie okazała zachwytu. Na ich pytania odpowiedziała: „jedni wyszli, drudzy weszli”. „Ależ to tylko chwilowo – przekonywały ją Francuzki – oni zaraz po wojnie sobie pójdą”. „Nie, oni nie pójdą nigdy!” – odpowiedziała Jadwiga. 26 lutego 1945 r., w czasie alianckiego nalotu na Berlin, zbombardowano Block Pert bombami zapalającymi. Gdy baraki zaczęły się palić, esesmani wypędzili z nich więźniarki. Zaspane i przerażone wybiegały nieubrane z płonącego bloku, a na dworze był silny mróz. Jadwiga zgarnęła z łóżek kilkanaście koców i rozdawała je kobietom, żeby się nimi okryły. Esesmani ustawili kobiety w kolumnę i poprowadzili ulicami. Wówczas jakiś aliancki samolot zniżył się i zaczął ostrzeliwać je z broni pokładowej. Korzystając z przerażenia esesmanów i powstałego zamieszania, Jadwiga uciekła z paroma koleżankami. Niemieccy strażnicy strzelali za nimi, ale uniknęły kul. Niedaleko były ogródki działkowe. W altance jednego z nich Jadwiga przebrała się w znalezione tam cywilne ubranie i owinęła rękę z wytatuowanym numerem oświęcimskim. Zamierzała wracać do Polski, ale front stał jeszcze na Odrze i nie było żadnych szans na przedarcie się.

Był luty, na zmianę deszcz, mróz i śnieg. Możliwości ukrycia się i przeczekania do czasu wyzwolenia nie było żadnych. Jadwiga, udając prostą, wiejską kobietę, zgłosiła się na posterunek policji, skąd skierowano ją do Arbeitsamtu (urzędu pracy). Gestapowiec, który ją tam przesłuchiwał, mówił dobrze po polsku. Podała się za Magdę (konspiracyjny pseudonim) Łazduńską (od Łazdun), urodzoną 11 kwietnia (dzień urodzin syna) 1900 r. (rok urodzenia męża). Naśladowała swą starą nianię, mazurząc i udając niepiśmienną. Zeznała, że była wywieziona na roboty i pracowała u „państwa we Frankfurcie” (nad Odrą; na terenach zajętych już przez Rosjan), jako służąca, i że przyjechała z nimi do Berlina i w czasie nalotu się zgubiła. Na pytanie, jak ci państwo się nazywali, odrzekła, że „Erna i Hans”, a zapytana, przy jakiej ulicy mieszkali, odpowiedziała, że przy „ulicy Strasse” i więcej „nic nie wiedziała”. Trudno więc było ją zidentyfikować. Skierowano ją do Arbeitslagru (obozu przymusowej pracy) Ludwigshag koło Köppenick. Stąd 13 marca, z grupą ok. 100 osób, została dowieziona kolejką, a potem gnana 9 km pieszo do Arbeitslagru Schulzendorf/Berlin. Stąd po 10 dniach przeniesiono ją do obozu robót kolejowych Reichsbahnlager Dabensdorf/Nord, Zossen, na południe od Berlina.

Obozy pracy w odróżnieniu od koncentracyjnych Jadwiga zwała „wolnościowymi”, bo nie groziła tu śmierć w każdej chwili. Jednak cierpiała tam straszny głód, zbierała resztki po śmietnikach. W Dabensdorfie trzy dni nic nie jadła poza zupą z marchwi. Była też bardzo źle traktowana przez niemieckich strażników. W kwietniu kilka razy pieszo gnano wiele kilometrów ją i innych więźniów, by reperowali tory. 20 kwietnia 1945 r. wywieziono ją z brygadą na południe od Berlina, do naprawy torów kolejowych. Nagle teren ten został ostrzelany przez artylerię rosyjską. Korzystając z tego, że strażnicy pochowali się w rowach, uciekła do pobliskiego lasu i przeszła do miasta Jüterbog, po rosyjskiej stronie frontu.

Tam, w opuszczonym domu, Jadwiga zmieniła lagrowe drewniaki na znalezione buty i ruszyła na wschód, posługując się mapą z niemieckiego atlasu. Podobnie zdążały rzesze ludzi, głównie Polaków, uwolnionych z przymusowej pracy u Niemców. Niektórzy z pustych gospodarstw niemieckich brali konie i wozy, na które ładowali wyniesione z tych domów rzeczy. Jadwiga piechotą, a czasem trochę na wozie, jechała do Polski. W nocy kryli się przed niedobitkami niemieckich formacji SS, a w dzień bronili się przed żołnierzami sowieckimi. Jadwiga przekroczyła Nysę Łużycką i doszła do miejscowości Ruszów. Tu w kwietniu 1945 r. zorganizowano szpital dla rannych żołnierzy 9. dywizji piechoty i 14. brygady artylerii przeciwpancernej 2. Armii Wojska Polskiego. Stąd, jako byłą więźniarkę Auschwitz i byłą sanitariuszkę, wzięto ją wyjątkowo do pierwszego wojskowego pociągu sanitarnego. Po drodze usłyszała, jak ranny major mówił do współtowarzyszy: „Powiedzcie tej idiotce, żeby tyle nie gadała, bo może zajechać dalej, niżby chciała!”.

3 maja 1945 r. Jadwiga dojechała do Poznania, a stamtąd udała się do Krakowa, gdzie odwiedziła ciotkę, wdowę po zamordowanym w Sachsenhausen prof. Ignacym Chrzanowskim. Potem w Nowym Targu spotkała bratową Zofię, której mąż, Władysław Manduk, przejmował w tym czasie w imieniu władz polskich zakłady przemysłu chemicznego na Śląsku Opolskim. 11 maja 1945 r. dobrnęła do Zakopanego, gdzie u krewnych przebywała jej matka i synowie.

Tu wystarała się o zaświadczenie tożsamości, bo dotąd mogła legitymować się tylko świadectwem z Arbeitslagru wystawionym na fałszywe nazwisko Magda Łazduńska. Zaraz potem młodszy syn rozchorował się na szkarlatynę, wtedy śmiertelną i hospitalizowaną. W drodze wyjątku pozwolono, by chorował w domu pod opieką Jadwigi, w izolacji od innych; kontakty odbywały się przez okno. To był wielki kłopot, ale przez tych 6 tygodni Jadwiga nabrała sił po obozowym głodzie i pieszej wędrówce spod Berlina. Kiedy młodszy syn wyzdrowiał, Jadwiga ze starszym synem pojechała w lipcu 1945 r. do Warszawy, gdzie przekonała się, że jako były kurier KG AK nie znajdzie tu pracy, a może mieć przykrości ze strony komunistycznych władz. W jej rodzinnym, spalonym przez Niemców domu mieszkali już jacyś ludzie. Postanowiła więc wyjechać na Śląsk Opolski, gdzie mieszkał już jej brat z rodziną.

Po wielu staraniach Jadwiga otrzymała przepustkę (po polsku i rosyjsku), upoważniającą do wyjazdu na Ziemie Zachodnie. Trzema kolejnymi (płatnymi) ciężarowymi autami dojechała z rodziną w ciągu trzech dni na miejsce. Została jedyną nauczycielką i kierowniczką szkoły w miejscowości Pokój, 34 km od Opola. Tu było 155 dzieci w wieku szkolnym, z czego tylko 10 mówiło po polsku, bo za uczenie w tym języku Niemcy karali rodziców. Jadwiga z matką i synami zamieszkała w części pustego domku jednorodzinnego. Musiała wystarać się o meble, bo wszystko było stamtąd wyszabrowane, głównie przez miejscową władzę ludową. Poświęceniem szkoły przez proboszcza rozpoczęła 3 września 1945 r. pierwszy rok polskiej szkoły, przez nią utworzonej. Obiady wraz z rodziną jadała w gminnej stołówce, bo ani pensji, ani żywności jeszcze nie otrzymywała. Mleko dla synów kupowała od rolników, płacąc za nie zapałkami i sacharyną. Poza uczeniem języka polskiego musiała być co tydzień na zebraniu w inspektoracie szkolnym w Opolu. Żeby się tam dostać, od godz. 3 w nocy częściowo jechała na furmance gminnej, a częściowo szła obok niej pieszo. Do Pokoju nie było żadnej komunikacji, bo Rosjanie wyrwali i wywieźli tory kolejowe.

Od listopada Jadwiga dostawała dla siebie i rodziny kartki żywnościowe, które realizować trzeba było w Opolu. Otrzymywała na nie mąkę, wymienianą u piekarza na chleb, niewielkie ilości cukru i tzw. kaszę plujkę, będącą zmielonym, nieobłuskanym ziarnem jęczmienia. Udało się jej kupić trochę nierafinowanego oleju rzepakowego (brunatnego koloru), zawierającego toksyczne związki. Na nim podsmażało się cebulę, którą jadło się zamiast masła czy smalcu. Otrzymane w przydziale z gminy ziemniaki były wydobyte z kopców założonych przez Niemców jesienią 1944 r.; wiosną 1945 r. nie było komu ich sadzić. Mięsa nie było ani w gminnej stołówce, ani w domowym jadłospisie. W grudniu Jadwiga z matką złożyły wypełnione kwestionariusze dotyczące strat poniesionych w wyniku niemieckiej okupacji. Liczyły na to, że Niemcy zapłacą za to, co zagrabili i zniszczyli…

W kwietnia 1946 r. doszedł drugi nauczyciel, Jan Błoński. Z jego pomocą Jadwiga organizowała szkolne przedstawienia, będące jedyną rozrywką kulturalną miejscowej ludności. W lipcu 1946 r. pojechała do Białymstoku, gdzie u arcybiskupa wileńskiego na wygnaniu, Romualda Jałbrzykowskiego, odbyła spowiedź i przeszła na katolicyzm. Okazało się, że jej mąż Zygmunt jest w Armii Andersa. Przysyłał paczki z lekarstwami i żywnością, które były wielką atrakcją i uzupełnieniem marnego wyżywienia. W listopadzie 1946 r. przyszła od niego paczka zawierająca duże, metalowe pudełko. W środku była szara masa z rodzynkami, słodka i smaczna. W jakąś niedzielę Jadwiga dała ją rodzinie na kolację. Po paru tygodniach przyszedł list od męża, w którym pisał, że posyła brytyjski przysmak Plum-pudding, który przed spożyciem należy gotować 2 godziny…

Na początku stycznia 1947 r. szkoła wystawiła opracowane przez Jadwigę jasełka, wysoko ocenione przez publiczność, a 19 stycznia odbyły się wybory do Sejmu. Po głosowaniu Jadwiga spaliła w tajemnicy niewykorzystane karty do głosowania partii PSL Mikołajczyka, prześladowanej przez władze komunistyczne. Pomagał jej w tym młodszy syn, domyślając się, że matka znowu jest w jakiejś konspiracji. W maju pojechała do Łodzi na spotkanie absolwentów Wolnej Wszechnicy, a zaraz potem uczestniczyła w Warszawie na Powązkach w pogrzebie ekshumowanych ze zbiorowego grobu zwłok jej ojca Wacława, zamordowanego przez Niemców 10 sierpnia 1944 r. wraz z 177 innymi mężczyznami. W czerwcu 1947 r. powrócił do Polski jej mąż, który został kierownikiem Państwowego Zarządu Wodnego w Opolu, gdzie też przeprowadziła się Jadwiga z synami. Zlecono jej utworzenie Miejskiej Biblioteki Publicznej i kierowanie nią. Budynek przeznaczony na ten cel był źle wyremontowany, brakowało też pieniędzy na zakupy książek. Ponadto bibliotekarki nie znały literatury; jedna z nich zamiast wypożyczyć czytelnikowi „Kordiana i chama” Kruczkowskiego, wydała mu „Kordiana” Słowackiego i „Chama” Orzeszkowej. Mimo trudności, dzięki zaangażowaniu Jadwigi, biblioteka rozwinęła się i działała coraz lepiej. Rodzina mieszkała w luksusowym służbowym mieszkaniu, a w niedziele jeździła do Pokoju, dokąd dochodziła już kolej.

W tym czasie jednak rozpoczęły się represje wobec byłych żołnierzy Armii Andersa. Zygmunt został w maju 1950 r. zwolniony i przeniesiony do Wrocławia na niskopłatny etat bardzo niskiego stopnia. Rodzina zamieszkała w skromnym mieszkaniu służbowym na Sępolnie. Jadwiga została kierowniczką działu bibliotek dziecięcych TPD we Wrocławiu. Podlegało jej kilka placówek w różnych dzielnicach miasta, które musiała kontrolować. Pracowały tam osoby o bardzo różnych kwalifikacjach. Przez jakiś czas kierowała szkolną wypożyczalnią i czytelnią. 1 stycznia 1954 r. została kierowniczką biblioteki w Młodzieżowym Domu Kultury, organizując tam quizy i konkursy czytelnicze, których tematykę, programy i teksty sama opracowywała. Urządzała wystawy książki, ilustracji książkowych, reprodukcji malarstwa związanych z tematyką literacką. Skupiła w Kole Czytelników dużą grupę młodzieży, współpracującej z nią w organizowaniu imprez. Uczestniczyła też w uroczystościach organizowanych przez Wydział Oświaty, Zarząd Okręgu TPD, MDK i związki zawodowe. W ramach akcji noworocznych urządzała loterie książkowe (wygrywał każdy los) i występowała jako bajczarka – mając wyjątkowy dar opowiadania, skupiała zawsze wokół siebie tłumy słuchaczy.

W 1965 r. Jadwiga przeszła na emeryturę i mając więcej czasu, pisała wspomnienia. Za te o tworzeniu Miejskiej Biblioteki Publicznej w Opolu otrzymała w 1970 r., w konkursie organizowanym przez „Ossolineum” i Wojewódzki Dom Kultury we Wrocławiu, jedną z trzech drugich nagród; pierwszej nie przyznano. W tym samym roku za wspomnienia o szkole w Pokoju otrzymała III nagrodę w konkursie redakcji „Polityki”.

W 1971 r. zmarł ukochany mąż Jadwigi. Udzielała się społecznie, m.in. w ZBOWiD, starając się pomóc potrzebującym wsparcia byłym więźniom; miała też pogadanki na temat Auschwitz-Birkenau. W 2. poł. lat 1970., gdy wyszło na jaw, że była kurierem KG AK, przestano ją tam zapraszać. Środowisko Oświęcimianek z Warszawy wystąpiło o odznaczenie jej Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za pomoc współwięźniarkom w lagrze. Wniosek miał zaopiniować wrocławski ZBOWiD. Z jego ramienia przyszedł do Jadwigi jakiś typ, zbyt młody jak na kombatanta, wypytując ją o funkcje w AK autorek wniosku o odznaczenie. Odpowiedzi odmówiła i odznaczenia nie dostała (udało się to dopiero 25 lat po jej śmierci). Otrzymała natomiast w 1973 r. Krzyż Partyzancki (wniosek opiniował płk Józef Pluta-Czachowski „Kuczaba”, szef Wydziału V Łączności KG AK) oraz przemycone z Londynu potwierdzenie nadania jej stopnia porucznika, Krzyż AK oraz czterokrotnie Medal Wojska. Zmarła 17 lutego 1986 r. i została pochowana na cmentarzu na Sępolnie we Wrocławiu. Jej grób jest wpisany do ewidencji grobów weteranów walk o wolność i niepodległość Polski pod numerem 591.

 

Artykuł ukazał się w ostatnim, majowym numerze miesięcznika “Wpis” oraz na stronie https://bialykruk.pl/wydarzenia/jadwiga-mandukowna–wiezniarka-auschwitz-i-ravensbrck-2-nigdy-nie-poddawala-sie-opresjom. 

Comments

No comments yet. Why don’t you start the discussion?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *