Polacy za granicą w poszukiwaniu wiedzy

Polacy za granicą w poszukiwaniu wiedzy

Najbardziej szydzono z Niemców

Polacy za granicą w poszukiwaniu wiedzy

Prof. Ryszard Kantor

 

„Dom szlachecki był poniekąd osobnym, okrągłym, niezawisłym światem. Już z tego względu, a tym bardziej wobec niezmiernie trudnych warunków komunikacji, zdawałoby się, że szlachcic wyruszał z domu z tylko z ważnej bardzo potrzeby, tylko z ostatecznej konieczności nawet. Tak przecież nie było” – pisał historyk Władysław Łoziński (1843–1913). Badacz podkreślał, że zwłaszcza w wiekach XV–XVIII szlachta była „w ciągłym ruchu do krewnych i do przyjaciół i że nie odstraszała jej nawet stumilowa odległość od podróży bez słusznej potrzeby”. Tę skłonność szlachty zauważali wojażujący po naszym kraju cudzoziemcy, nazywając Polaków największymi podróżnikami w Europie, choć nasi przodkowie poruszali się głównie w obrębie własnego państwa. Władysław Łoziński pisze jak najsłuszniej, że tylko część wojażów mogła uchodzić za bezsensowne, gdyż „było dość okazji i potrzeb, zwyczajnych i nadzwyczajnych, do wyprawiania się w daleką drogę”. Podróży wymagały interesy rodzinne, bo – jak zauważa Łoziński: „jakkolwiek trzymać się lubiano w Polsce przysłowia: sprzedawaj konia daleko, ale żeń się blisko, kojarzyły się małżeństwa między osobami z dwóch najdalszych od siebie województw: wymagały interesa prawne, majątkowe, troska o zdrowie i o wychowanie dzieci, a w końcu i rzeczy obywatelskie”.

Celem podróży bywały miasta najbliższe, większe i mniejsze, będące „ogniskami handlu” płodami rolnymi, gdzie szlachta spędzała sporo czasu. „Najzwyklejsze, bo najczęściej potrzebne – pisze Łoziński – były jazdy do grodu na kwerele i roczki sądowe (terminy posiedzeń – R. K.), bo nie było prawie szlachcica, który by nie chadzał do prawa”. Sprawy te znaczyły dla szlachty wiele, ale jeszcze więcej gromadziły jej przedstawicieli sejmiki, które przeradzały się w wielkie zjazdy o charakterze obywatelskim i politycznym. Zjeżdżano się także – obowiązkowo! – na tzw. zjazdy rycerskie, zwane też okazywaniami. „Na okazywaniu, czyli lustracji – wyjaśnia Łoziński – szlachta obowiązana była stawić się pod grzywną zbrojnie, a kto mógł, także z pocztem; pod wodzą kasztelana lub innego jego urzędnika w jego zastępstwie odbywał się przegląd niejako wojskowy”. Zjazdy, prawne czy wojskowe, dawały okazję do zaczerpnięcia wiedzy o wydarzeniach w Rzeczypospolitej, były też szkołą polityczną szlachcica oraz okazją do biesiad i – co już mniej budujące – do zwad.

Równie interesującym tematem są zagraniczne podróże Polaków. Skoncentruję się na tych o charakterze edukacyjnym w szerokim rozumieniu, podejmowanych przez magnatów i bogatą szlachtę. Czy warto podróżować, czego można się nauczyć poprzez podróże i naukę w zagranicznych uczelniach, jakie niebezpieczeństwa czyhają na podróżników? Opinie na ten temat w czasach staropolskich bardzo się różniły. Jan Stanisław Bystroń zauważa: „Podróżowano dużo; twierdzono powszechnie, że za dużo; podróżowano dla nauki, dla pielgrzymek, dla nowinek religijnych, dla ogłady towarzyskiej, dla mody, a niezależnie od tych podróży zdarzało się niejednemu i z bronią w ręku znaleźć się w sąsiednich krajach”. Wojażowanie przedstawicieli niższych warstw zdarzało się początkowo rzadko, gdyż było kosztowne i często wymagało sponsoratu.

W wiekach średnich udawano się za granicę przede wszystkim, aby zgłębiać sztuki wyzwolone, czyli medycynę, prawo i teologię; podróże służyły zatem zdobywaniu kompetencji zawodowych. „Patronem polskich żaków opuszczających ojczyznę – pisze Roman Krzywy, autor znakomitej pracy ‘W podróży, przy stole i w łożnicy’ – mógł być z pewnością mistrz Wincenty zwany Kadłubkiem, człowiek uczony, a nawet pierwszy w historii uczony Polak i pisarz, który najpewniej w latach 80. XII w. edukację zdobytą w ojczyźnie uzupełniał w bolońskim lub paryskim studium generale”. Wedle polskich mediewistów nic nie potwierdza podróży Kadłubka, jednak gruntownej znajomości prawa rzymskiego, której dowodzi na kartach swej napisanej po łacinie „Kroniki polskiej”, nie mógł on zdobyć w żadnej krajowej szkole.

W wieku XIII i kolejnych wyjazdy Polaków w celach edukacyjnych znacznie się nasiliły; udawano się przede wszystkim do uczelni w Bolonii, Padwie i Paryżu, później także do innych miast włoskich i francuskich, a jeszcze później do niemieckich, gdzie było znacznie taniej. „Za wiedzą wędrowali głównie duchowni ze stanu szlacheckiego i mieszczańskiego – pisze Roman Krzywy – którym stopnie naukowe umożliwiały awans w hierarchii kościelnej, akademickiej i oczywiście w administracji państwowej lub dworskiej, oraz mieszczanie świeccy podejmujący naukę na wydziale nauk wyzwolonych, co ułatwiało znalezienie zatrudnienia w urzędach miejskich czy gildiach kupieckich. Młodzież mieszczańska zainteresowana była także zdobywaniem wiedzy medycznej”.

Koszt nauki zagranicznej był stosunkowo wysoki. Zamożni, których nie było wielu, wyjeżdżali na koszt rodziny. Duchowni, którzy byli kanonikami, studiowali dzięki prebendom kościelnym. Również klasztorom, których w Królestwie Polskim powstawało coraz więcej, zależało na wykształconych zakonnikach. Łaknący wiedzy najubożsi zdobywali fundusze korepetycjami, przepisywaniem i iluminowaniem ksiąg, a nawet – podobno – żebractwem.

Kultura umysłowa w Polsce w wieku XIII, a także w XIV i kolejnych stuleciach, znacznie wzrastała dzięki studiom zagranicznym, choć jedynie co czwarty studiujący zdobywał dyplom. Sam fakt studiowania ułatwiał już jednak znalezienie posady w kancelariach kościelnych i świeckich oraz w coraz liczniejszych szkołach parafialnych i katedralnych. Warto tu przypomnieć wędrówki czeladników, którzy również zdobywali zawodowe doświadczenie w zagranicznych miastach, co przyczyniało się bez wątpienia do podniesienia poziomu polskiego rzemiosła. Pod koniec średniowiecza i w początkach renesansu wielkiego znaczenia nabrały podróże edukacyjne szlachty świeckiej, od której zaczęto wymagać pogłębionej wiedzy i nowych umiejętności, w tym znajomości łaciny i retoryki, przydatnych w karierze dworskiej, wojskowej i publicznej. Wiedzę taką można było zdobyć i w kraju, ale za granicami poziom nauki był wyższy. Żony i córki szlacheckie zaczęły podróżować, niekoniecznie w celach edukacyjnych, dopiero pod koniec XVII w.

Niezależnie od wątpliwości, czy podróże dla zdobywania wiedzy mają sens ze względu na ich wielkie koszty i ryzyko demoralizacji młodzieży, samą wiedzę generalnie ceniono. Mówi o tym fragment wiersza kronikarza i poety, ks. Macieja Stryjkowskiego (1547–1586): „W nauce szczęście i w cnocie należy, / Jak w mocnej wieży. / Człowiek bogaty, głupi, nieuczony, / Jest jako baran z wełną pozłocony, / Niewolnik złota, koń srebrem przykryty (…) / Głupi nadęty, jak gnój wzgardzony”.

Aby zdobyć odpowiednią posadę na dworze królewskim lub na dworach magnackich, należało mieć ogładę i sprawność fizyczną – szlachcic wciąż był rycerzem – oraz ćwiczyć inne umiejętności. Poza łaciną, która każdy szlachcic znał lepiej lub gorzej, dobrze widziana była znajomość nowożytnych języków, początkowo głównie niemieckiego, z czasem włoskiego i francuskiego, a w XVIII w. nawet angielskiego. W obcych krajach można było też zdobyć wiedzę na temat postępu w dziedzinie wojskowości, umiejętności budowania fortyfikacji, o nowych wynalazkach wojennych. Postęp w tej dziedzinie znacznie przyspieszył w okresie wojen w Europie, szczególnie w początkach XVII w. Nie bez znaczenia była też znajomość najnowszych tańców, fechtunku i jazdy konnej. Szlacheccy synowie nie dbali o tytuły naukowe, podróżowali dla ogólnego rozwoju. Motywacją dla wielu była zapewne chęć zwiedzania świata, poznania zabytków antyku, architektury chrześcijańskiej, rezydencji rodów panujących, a także stylu życia wyższych warstw, co bez wątpienia przydawało się w budowaniu osobistego prestiżu po powrocie do ojczyzny.

Na znajomość języków obcych zdobywaną za granicą zwrócił uwagę pisarz i wydawca Jakub Górski (1525–1585) w dziele „Rada pańska” z 1597 r., gdy podróże edukacyjne były już częste: „Znak człowieka godnego do służby pańskiej jest ten, jeśli że umie języków wiele. Królowi polskiemu trzeba ludzi, którzy by umieli nie tylko po polsku mówić, ale też po łacinie, po niemiecku, po moskiewsku, po tatarsku, po turecku, po wołosku, po hiszpańsku, po włosku”. Niektóre z tych języków można było zgłębić w niewoli, z której zamożny szlachcic bywał wykupiony nawet i po kilku latach.

Wiedzę o tym, jak żyli i uczyli się podróżujący, znaleźć można – zdaniem Bystronia: „w pamiętnikach i diariuszach, w których co dzień notowali ważniejsze lub też opisywali rzeczy widziane”. Pogląd to jednak zbyt optymistyczny, pamiętniki i diariusze są bowiem dość rzadkie i schematyczne, niewiele z nich uznać można za cenne źródło historyczne. Bardziej interesujące są spisane rodzicielskie instrukcje, które nakazywały, jak wysyłany na nauki syn miał się zachowywać i jakiego rodzaju wiedzę zdobywać. Bardzo obszerną sporządził w 1646 r., tuż przed śmiercią, dla dwóch swych synów – starszego Marka i młodszego Jana, późniejszego króla – wojewoda ruski Jakub Sobieski (1590–1646). On sam, jako siedemnastoletni młodzieniec, wyjechał w sześcioletnią podróż po Europie; trzy i pół roku spędził w Paryżu. Jego pobyt w stolicy Francji, na podstawie pamiętnika magnata, opisał później historyk Józef Długosz.

W jego opracowaniu czytamy: „Po zadomowieniu się w Paryżu, Sobieski rozpoczął studia, które głównie polegały na słuchaniu prywatnych wykładów i intensywnej lekturze dzieł autorów starożytnych: mówców, poetów, historyków oraz korzystaniu z książek autorów nowożytnych (…). Równolegle z tym odbywała się nauka języków obcych w formie lekcji, które prowadzili specjalnie zaangażowani nauczyciele. Lekcje te wojewodzic uzupełniał lekturą książek w językach orientalnych oraz konwersacją, którą prowadził z rówieśnikami – cudzoziemcami lub przygodnymi osobami”. W czasie wolnym Jakub Sobieski uprawiał ćwiczenia fizyczne, głównie jazdę konną, poznawał miejscowe zwyczaje, składając wizyty i uczestnicząc w życiu dworu francuskiego, zwiedzał zabytki Paryża, bywał w teatrach. Sporo czasu poświęcał także na praktyki religijne: modlitwy, udział w nabożeństwach, pielgrzymki do kościołów, klasztorów i kaplic. Z pewnością się nie nudził. Odbył również podróże do Anglii, Niderlandów, Hiszpanii, Portugalii. Zwiedził niemal całą zachodnią Europę, zwracając tam uwagę również na kwestie militarne.

Trzeba przyznać, że lata spędzone przez młodego magnata na naukach poza krajem były niezwykle płodne. Oprócz wymienionych już korzyści poznał też zabudowę miast oraz funkcjonowanie instytucji państwowych i kościelnych. Widział zarówno dostatek, bogactwo, a nawet przepych królewskich dworów, jak i zapewne biedę ludu. Zabiegał o audiencje na dworach i rozmowy ze znanymi osobistościami. Wszystkie te doświadczenia dały mu wiele do myślenia, uczyniły zeń Europejczyka, ale i polityka w rozumieniu greckim – troszczącego się o dobro społeczeństwa i dobro ojczyzny, na rzecz której działał kolejne lata.

Te bardzo kosztowne kilkuletnie pobyty edukacyjne poza krajem, na które stać było magnatów i najbogatszą szlachtę, nazywano z francuska grand tour, czyli wielką podróżą. Odbywali je m.in. kanclerz koronny Jan Zamoyski oraz jego syn Tomasz, który później przejął po ojcu dostojny urząd. W ślady dziadka i ojca poszedł znany z „Potopu” Henryka Sienkiewicza wnuk Jana Zamoyskiego, zwany Sobiepanem, ale mówiono o nim, że nauki, które pobierał w świecie, miały charakter turystyczno-rozrywkowy. Innej natury były grand tours, które odbyli Stanisław Orzechowski, Jan Ossoliński, Jan Amor Tarnowski i wielu innych magnatów znaczących w dziejach Polski. Uczyniły z nich szanowanych mężów, wykształconych i sprawnych urzędników państwowych, godnych wspominania patriotów.

Na studia wyjeżdżały także grupy młodzieży z rodzin spokrewnionych i zaprzyjaźnionych. W 1515 r. prymas Jan Łaski wysłał, pod opieką ks. Jana Branickiego, swych trzech bratanków: Hieronima, Jana i Stanisława, a także Jana i Stanisława Radziwiłłów, nieślubnego syna Zygmunta Starego oraz kilku nie tak wysoko urodzonych. Z opracowania historyka i dyplomaty Stanisława Kota (1885–1975) wiemy, że wynajęto dla nich cały dom, a każdemu przydzielono stolik do pracy oraz pulpit zaopatrzony w szufladę i lampkę. Do młodzieńców należało kupno drewna, wina i żywności. Jeden z Radziwiłłów sprawdzał codziennie wagę zakupionych ryb i mięsa, notując ich cenę w zeszycie. Zakupiono im lutnię, żeby na niej grali, zamiast tracić czas na próżne rozrywki. W ich rozmowach obowiązywał język łaciński, w mniejszym stopniu włoski i – tylko od czasu do czasu jako ćwiczenie – niemiecki; zakazane było mówienie po polsku. W czasie posiłków jeden z chłopców czytał nakazane książki, po czym zazwyczaj odbywała się dyskusja na tematy scholastyczne. Raz w tygodniu magister Maciej Śliwnicki, nieco starszy od uczniów domownik Łaskich, egzaminował swoich podopiecznych.

Zapewne o taką edukację swoich dzieci, pogłębioną i pod stałą kontrolą specjalnie wynajętych nauczycieli i opiekunów, zabiegali nie tylko magnaci, ale również średnia szlachta, wysyłając je w świat. Nadzieje rodziców często się sprawdzały, ale byli i tacy, którzy, jak pisze Bystroń: „wracali do kraju z pustą kieszenią i wywróconą głową. Panicze ci przywykli do zagranicznych stosunków, zwłaszcza zaś do obcej mody, stawali się jej krzewicielami w kraju, ganili wszystko to, co rodzime, uznawali jedynie cudzoziemszczyznę”. O takich utracjuszach, przynoszących hańbę i wstyd, pisze barokowy poeta Wacław Potocki (1621–1696): „Polacy do cudzych z kosztem jeżdżą krajów, / Pozbywają ojczystych cnotę obyczajów, / Bogacą Włochy, Niemcy, Francuzy włokitą, / A siebie i ubożą swą Rzeczpospolitą”. Owa włokita to mitręga, bezsensowne włóczenie się, strata czasu i pieniędzy.

Podobnie pisał wojewoda poznański i poeta Krzysztof Opaliński (1609–1655); przytoczę dwa fragmenty z jego satyry: „I po co to całe ośm lat w Rzymie, Paryżu / Potrzeba było mieszkać? I na to się koszt ten / Siedemdziesiąt tysięcy obrócił? / (…) Nie wspominam straty / I nakładu, i kosztu, i prace, i złota (…) / Lecz tego nie żałować, bo się grać na lutni, / śpiewać, skakać galardy, ba i po francusku / Nauczył dyszkurować; więc i alamode / Chodzić, stroić i czynić po francusku. / Cóż z tego? to rozumiesz, że siła tym wygrał? / Mym zdaniem wszystko stracił (…) / Już mu i Polska śmierdzi, i wszystko w niej gani”.

Choć część chłopców wysłanych przez prymasa Łaskiego do Bolonii należała do najzamożniejszej warstwy społecznej, wszyscy wiedli życie skromne. Nie z powodów ekonomicznych, tylko wychowawczych. Najważniejsza była nauka i właściwe kształtowanie charakteru młodego człowieka, godne wyedukowanego magnata, który swą godność bierze nie z urodzenia, ale z wiedzy zdobytej pilną nauką. Edukacja zagraniczna im podobnych była najczęściej kontynuacją nauki domowej, dawanej przez wynajętych nauczycieli, a niekiedy nauki pobieranej w polskich szkołach. Tak było w przypadku synów Jakuba Sobieskiego, którzy zanim wybrali się w świat, w l. 1640–1643 uczyli się w wysoko cenionych Szkołach Nowodworskiego w Krakowie. Piszący te słowa również uczył się jakiś czas w kontynuacji tej uczelni powstałej w 1586 r. jako studium przygotowujące do nauki w Akademii Krakowskiej. Szkoła istnieje do dziś, znana jako Liceum Ogólnokształcące im. Bartłomieja Nowodworskiego, a potocznie Nowodworek. Wielu absolwentów chlubi się tym, że siedzieli w tych samych ławkach co Sobiescy, choć dzisiejszy gmach zajęła szkoła dopiero w 2. poł. XIX w.

Ks. Szymon Naruszewicz był opiekunem mniej zamożnego Jana Ługowskiego, który w towarzystwie rówieśnika, Władysława Jasińskiego, podróżował po Europie w l. 1639–1643. Towarzysza podróży wybrał mu zapobiegliwy ojciec, aby – jak pisze Roman Krzywy – „usługiwał synowi, dopingował go do nauki oraz donosił na potomka i guwernera, gdyby zaszła taka potrzeba. Naruszewicz miał na głowie noclegi i wszelkie sprawunki, strofował, wyszukiwał rodowitych Niemców do konwersacji, dbał o zdrowie podopiecznych, a także – niezadowolony z poziomu nauczania w kolejnych placówkach oświatowych – zadawał chłopcom ćwiczenia oratorskie, każąc im na różne sposoby recytować mowy Cycerona”.

Nie każdy opiekun właściwie wykonywał swoje zadanie. Jako przykład nierzetelnego przytacza Roman Krzywy niegospodarnego guwernera, niejakiego Strzeszkowskiego, na którego utyskuje w liście do matki, pisanym w 1580 r. z Mediolanu, książę Jerzy Słucki. Ten opiekun „postanowił najwyraźniej – pisze Krzywy – jeśli słowa listu nie kłamią – pożyć jak panisko na cudzy koszt, oszczędzając na potrzebach młodzieńca. Umieścił go w podlejszej gospodzie, dbał głównie o własne wygody, kupował niepotrzebne rzeczy, nie płacił również rachunków, zadłużając księcia”.

Wielkich kłopotów doznał też od nierzetelnego preceptora Maciej Vorbek-Lettow, wywodzący się z Litwy protestant ze zubożałej rodziny szlacheckiej. Jego towarzysz, który dowiedział się, że posiada on pieniądze ukryte na czarną godzinę, wymógł na nim pożyczkę. Zbyt ufny młodzieniec żalił się potem w pamiętniku: „Tylem go widział i pieniędzy moich. Imię zdrajcy było Hieronim Praetorius, rodzina Śląsk”. Aby przetrwać do czasu otrzymania z Polski kolejnych funduszy, Maciej musiał nająć się na trzy miesiące za posługacza w stajni. Bywało też, że młodzi ludzie zadłużali się z powodu szastania pieniędzmi. Znane są sporadyczne przypadki, że szli nawet do więzienia za długi, skąd byli wykupywani, gdy nadchodził, niekiedy długo oczekiwany, finansowy ratunek z kraju.

Polacy za granicą w poszukiwaniu wiedzy.

Tym ważniejsza wydaje się instrukcja Jakuba Sobieskiego dana synom, którzy po powrocie ze studiów do kraju mieli – jak to dzieci magnatów – zająć wysokie stanowiska państwowe. Uświadamiała im ona bowiem, czego oczekują od nich ojciec oraz ojczyzna, że pobyt za granicą to nie zabawa, a czas wytężonej pracy nad sobą, zdobywania szerokiej wiedzy i kształtowania charakteru. Spójrzmy na początek owej instrukcji, w którym są zalecenia co do prowadzenia diariusza podróży, który służyć miał nie tylko zapamiętaniu faktów, ale miał być też formą dyscyplinowania synów: „Będzie miał każdy z was księgę in folio z gołego papieru, w której sobie wszystkie drogi peregrynacjej swojej pisać będziecie od dnia wyjechania z domu aż, da Bóg, zwrócenia się. Będziecie sobie w tejże książce notować notabilia w mieście albo w królestwie, w którym będziecie, jeśli się co działo za was będzie, owo zgoła wszystką peregrynacją swoją wypisujcie, i distantias locorum i dróg swoich, gdzie jeno będziecie, tak jakom ja też uczynił. Mianowicie, będziecie sobie notować królów, monarchów i książąt udzielnych, których będziecie widzieli ingenia, qualitates principum et procerum aulae, także status każdego dworu, w jakim będziecie. Kiedy przez miasta wielkie pojedziecie, wypytajcie się, czyje miasto, sub cuius regimine, co za praesidia na nim, co za municje, obaczcie, co za situs, to sobie wszystko będziecie notować w tej księdze swojej przez wszystkie czasy swojej peregrynacji”.

Synowie Jakuba Sobieskiego dokładnie wypełniali polecenia ojca, który, jak każdy ówczesny szlachcic, pisał po polsku, wtrącając po łacinie słowa i całe zdania. Owo mieszanie słów i zwrotów łacińskich w polski tekst, a potem także, pół żartem, pół serio, dla komicznego efektu wplątywanie polskich wyrazów w tekst łaciński i ich odmienianie w formach łacińskich, zwany był makaronizmem. Krytykowali to poeci staropolscy. Potocki pisał: „Mieszają też łaciny drudzy połowice: / Nie piszą ci po polsku, lecz macaronice, / Jakby w słomianej strzesze blachą łatał dziury”. Krzysztof Opaliński wtórował: „Najśmieszniejsza, gdy owo łacinę mieszają / W polski język, i głupie, i źle, i niewcześnie, / Nie pomnąc, że tam tylko łaciny potrzeba / Zażyć, gdzie polskie słowo nie ma tej i takiej / Energii, jak trzeba”.

Nawet jednak ci, którzy makaronizmy krytykowali, jak poeci Jan Kochanowski czy Jan Andrzej Morsztyn (1621–1693), niekiedy, dla podkreślenia swej zręczności poetyckiej, układali teksty makaroniczne ku uciesze czytelników.

Powróćmy jednak do przykazań danych synom przez wojewodę Jakuba Sobieskiego. Posłużę się tu fragmentami jego porad dotyczących kontaktów z Polakami za granicą, które Jan Stanisław Bystroń pozbawił wtrąceń łacińskich: „Miłością moją ojcowską proszę was dla Pana Boga, który stworzył niebo i ziemię, rozkazuję i zaklinam pod moim ojcowskim błogosławieństwem, abyście sobie jak najostrożniej postępowali i Pana Boga o to proszę i prosić będę, aby jak najmniej Polaków było, gdzie wy będziecie stać”. Dlaczego synowie Sobieskiego mieli stronić od rodaków? Zatroskany ojciec pisze: „po prostu nasi radzi się ze sobą wadzą i na drugiego radzi poduszczają, nowinki sieją jeden o drugim, jeden drugiego psuje złym przykładem, radzi poduszczają na starszych, złymi obyczajami, na utraty niepotrzebne. Rzadki z nich czym się tam dobrym bawi. (…) Jam też peregrynował lat sześć, wszędzie bywali Polacy, ale muszę przyznać, Panie Boże mi ten grzech odpuść, że więcej bywało złych niż dobrych”.

Wojewoda wiedział, co pisze. Młodzież szlachecka, zwłaszcza gdy była pozbawiona rzetelnych opiekunów, łatwo ulegała rozmaitym pokusom, wręcz demoralizowała się w środowiskach tworzonych przez sprytnych oszustów, łapczywych na pieniądze, którymi młodzi często beztrosko szafowali. Bywało też, że podsuwano młodzieńcom miejscowe kobiety lekkich obyczajów, co kończyło się nie tylko stratą finansową, ale i chorobami wenerycznymi. Uważano ponadto, że przebywanie w polskim środowisku utrudnia uczenie się języków obcych, że młodzież zamiast się uczyć spędza czas na zabawach. W konsekwencji więc przyjeżdżając do cudzej ziemi cielętami, wracają do ojczystego kraju wołami, czyli że nie skorzystali z zagranicznych pobytów.

Ciekawe są opinie Polaków uczących się poza granicami kraju o poszczególnych narodach, z którymi się stykali. Najwięcej kontaktów mieli z Italią, dokąd wiodła ich nie tylko chęć zdobywania wiedzy, ale także pobożność, świetność tamtejszej nauki i sztuki, wytworność towarzystwa i ciekawość starożytnych zabytków. „Włochów charakteryzowano jako ludzi układnych i chytrych – pisze Jan Stanisław Bystroń – odnoszono się do nich z pewną nieufnością i patrzono niechętnie na ich wytworność, zamiłowanie do zbytku, zniewieściałość obyczajów”. Mikołaj Rej dopowiedział o nich w „Zwierzyńcu”: „Na wykrętne kształty ten naród sprawiono (…) / A chytrość nastrzępiona, jako smalc na miedzi, / A tam pod pięknym glancem nie wiedzieć, co siedzi”. Nic zatem dziwnego, że młodzież jadącą na studia do Italii przestrzegano, aby się zbytnio nie wdawała w komitywę z miejscową ludnością, bowiem ma ona „łotrowskie obyczaje”. Natomiast „charakterystyka Francuzów – pisze Bystroń – wypada nieżyczliwie lub przesadnie pochlebnie”. Potocki uderza w nich ostro, uważając za wyrzutków w rodzinie chrześcijańskich narodów: „Czemuż Francuz liliją na swym herbie słynie, / Stawszy się darniem w pańskiej lilijej dziardynie? / W jeden zapach się kwiaty chrześcijańskie zgodzą, / Sami tylko Francuzi i kolą, i smrodzą”. Opinie Francuzów o Polakach też były mało pochlebne, zatem cios za cios!

Choć Hiszpanię i Hiszpanów znała szlachta mniej, to tamtejszy naród oceniała, o dziwo, bardzo pozytywnie. Opinię o nich nieznanego autora podaje Bystroń, zaznaczając, iż narodziła się ona w XVI w. i do końca ery staropolskiej była niezmiennie fundamentem pozytywnej charakterystyki: „Jeśli pojrzysz na obyczaje Hiszpanów – pisał anonim – nic stateczniejszego, nic wspanialszego… Słyszałem ja tam często, że im pychę przypisują, ale gdym ich w Hiszpanii pospolitego życia i obyczajów ludzkości, uczynności, szczerości, stateczności tak w życiu, jak i w słowie doznał, nie mogę inaczej rzec, jedno: daj, Boże nam Polakom takie obyczaje i cnoty”. Najgorzej oceniani natomiast byli Niemcy, szlachta śmiała się z nich i lekceważyła, „Wytykano – pisze Bystroń – ich strój, wygląd fizyczny, ociężałość, systematyczność i groszoróbstwo”. Ciekawe, że najbardziej zjadliwie pisał o nich szlachcic Rej, dla którego Niemiec, najczęściej mieszczanin, to: „Chłop plugawy, słoninami śmierdzi; pijanice wieldzy prawie z przyrodzenia”.

Ten tekst oryginalnie ukazał się na łamach pisma Wpis w sierpniu 2025:  https://bialykruk.pl/ksiegarnia/ksiazki/wpis-07-082024-e-wydanie

Website |  + posts

Comments

No comments yet. Why don’t you start the discussion?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *