„Patrzyliśmy wszyscy na niego jak na przyszłą sławę, jak na tego, który w sztukę wleje iskrę bożą”.
Malarz i krytyk sztuki Henryk Piątkowski, po latach.
Autoportret 1902, Wikimedia commons.
Trzy oddziały Muzeum Narodowego: w Warszawie, Poznaniu i Krakowie połączyły siły i stworzyły wspólnie jeden z najwspanialszych pokazów wystawowych; to kwintesencja „polskości” w malarstwie końca XIX i pocz. XX wieku.
Olbrzymi monograficzny projekt dzieł Józefa Chełmońskiego, pierwszy od wystawy poznańskiej w 1987 roku, rozpoczęty jeszcze w 2022, został sfinansowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Liczba osób odwiedzających wystawę (ponad 200 tys. w samej Warszawie) przeszła podobno najśmielsze oczekiwania kuratorów. W stolicy przedłużono ją do końca lutego tego roku, (aby dostać się na wystawę stałam godzinę w kolejce), w Poznaniu podobnie, do połowy lipca. W Krakowie też gromadzi tłumy. Obecnie wystawę malarstwa Józefa Chełmońskiego można jeszcze oglądać do końca listopada 2025 roku w Krakowie.
„Tworzenie sztuki to święta praca”
Te słowa Józef Chełmoński wypowiedział podobno ( przytoczyła je sąsiadka artysty we „Wspomnieniu o Chełmońskim” Pia Górska) kiedy zamieszkał w Kuklówce, majątku na Mazowszu , zakupionym przez malarza, w którym zamieszkał pod koniec1889 roku.
Naukę malarstwa pobierał najpierw u Wojciecha Gersona w Warszawie, w tzw. Klasie Rysunkowej. Artysta musiał się wiele w niej nauczyć, bo zawsze podkreślał, że „jemu jedynemu zawdzięczam wszystko”. Jak pisał listy do profesora, to zawsze zaczynał je od słów: „Ukochanemu, najlepszemu Nauczycielowi”. Następnie kontynuował naukę w Akademi Sztuk Pięknych w Monachium. Tutaj odniósł pierwsze sukcesy, był nagradzany oraz sprzedał kilka obrazów. Opuścił jednak to miejsce i via Ukraina wrócił do Polski.
Wraz z przyjaciółmi z monachijskiej Akademii, Stanisławem Witkiewiczem i Albertem Chmielowskim (późniejszym św. Bratem Albertem), wynajął pracownię w Hotelu Europejskim. Chciał poświęcić się bez reszty malowaniu i liczył, że uda mu się żyć ze sprzedaży swoich prac. W tej warszawskiej pracowni namalował kilka obrazów ze scenami, które zapamiętał na Ukrainie, m.in. „Babie lato”. Słynne obecnie dzieło wówczas wywołało u krytyki i widzów wiele kontrowersji; ale dlaczego te namalowane nogi muszą być brudne ?– narzekano.
Oberek, 1878, Wikimedia Commons
Niestety, jego obrazy nie wzbudziły zachwytu, warszawską „socjetę” raziła wiejska codzienność, gama brązów i szarości. „Skąd tyle błota”, którego nie powinno być w „prawdziwym” dziele sztuk przecież pięknych”- stwierdzano.
Obrazy, których tematem były końskie zaprzęgi uchwycone w ruchu uważano za nienaturalne, namalowane konie krytyka nazywała „apokaliptycznymi bestiami”, „hipogryfami, które nie dotykają ziemi i mają tyle nóg ile im się podoba”. Ówczesna Warszawa nie była miejscem gdzie artystów i sztukę ceniono. Nie potrafiono zrozumieć artysty i jego zachwytu, który wzbudzały w artyście zawsze konie: „Ach, te śliczne chrapeczki! te najniewinniejsze oczeczka. I ta giętkość szyi, ta nóżka cieniutka, ale ze stali!”( Pia Górska)
Trójka, 1880, Wikimedia Commons
Pewnie wszyscy widzieliśmy słynny obraz „Czwórka. Po stepach” z 1881 roku, uznawane za jedno z najwybitniejszych dzieł pozostających w polskich zbiorach, jakie stworzył Józef Chełmoński już w Paryżu. Ma ponad 6,5 metra długości i ponad 2,7 metra wysokości. Chełmoński celowo ukazał w szaleńczym galopie zaprzęg czterech koni w ich naturalnej wielkości. Możemy je podziwiać w jednej z sal Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku w krakowskich Sukiennicach. Kiedy patrzę na to dzieło zawsze wywołuje we mnie dreszczyk emocji, że konie te pędzą wprost na mnie…
Paryskie lata
Chełmoński wyjechał na dwanaście lat do Paryża w 1875 roku. Powstało wtedy wiele obrazów scen rodzajowych związanych z Ukrainą a także wiele „Trójek” i „Czwórek”, czyli końskich zaprzęgów pędzących przez „bezkresne przestrzenie”. Okazało się, że „powtórki” znalazły duży popyt. Pozwoliło to artyście odbić się finansowo. Nazwisko Chełmońskiego momentalnie zyskało rozgłos (dopiero później przełożyło się to na uznanie w kraju). Po obejrzeniu oficjalnego Salonu 1876 roku, już wieczorem jego nazwisko widniało w pierwszej linii we wszystkich sprawozdaniach z wystawy. Zdobył sławę i zaczął otrzymywać wiele dobrze płatnych zleceń. Przez parę lat był także ilustratorem paryskiego „Le Monde Illustre”. Dużo wtedy pracował i zarabiał. W Paryżu malował Chełmoński największe swe płótna. Kupowali je przeważnie amerykańscy kolekcjonerzy, pędzące konie na tle rozległych pejzaży i ludzie w egzotycznych strojach wzbudzały w nich zachwyt.
Biograf artysty Maciej Masłowski napisał: „Osiągał wówczas Chełmoński za swoje obrazy ceny niemałe. Wahały się one (…) w granicach od 8 do 40 tysięcy franków. A równocześnie na publicznych aukcjach Monety i Renoiry szły za setki. Oblicza się, że w tym okresie sprzedał do Ameryki około 100 obrazów […].
W międzyczasie artysta założył rodzinę, a dzieci rodziły się rok po roku. Miał siedmioro dzieci, z których czwórka osiągnęła dorosłość.
Pod koniec okresu paryskiego pojawiły się także kameralne kompozycje ukazujące czysty pejzaż.
Samotnik z Kuklówki
Po powrocie do Polski w 1887r. Chełmoński kupił nieduży majątek ziemski na Mazowszu we wsi Kuklówka, gdzie żył, prowadził gospodarstwo rolne i tworzył blisko trzy dekady – do końca życia w 1914 roku.
Artysta odwiedzał wielokrotnie m.in. Ukrainę, Podole, Wołyń, Polesie, Litwę, podróżował po Mazowszu; w pamięci zapisywał widoki natury, które potem uwieczniał perfekcyjnie na płótnie. Chełmoński nie odtwarzał natury, on nią żył. Kiedy stoimy przed jego obrazami „czujemy” np. ciszę jesiennego zmierzchu, zapach palonych suchych gałązek i trawy, życie zwierząt bytujących obok człowieka, „słyszymy” trzepot skrzydeł ptasich, poruszane wiatrem liście drzew…
Wspomniana Pia Górska, nota bene jego uczennica, pisała, że był zafascynowany Ukrainą jako “rajem”, gdzie bezgraniczne przestrzenie i krajobrazy pobudzały jego wyobraźnię. Cała przyroda, bez względu na porę roku była dla niego „cudownie skomponowana”, w obliczu jej piękna stawał się pokorny i twierdził, że “nic nie umie, że trzeba się wszystkiego uczyć od natury i słuchać, aż raczy przemówić“. Gloryfikował naturę, uważał, że jest idealna bez ingerencji człowieka.
Nie lubił każdego najmniejszego przejawu sztuczności, np. tkanin o kwiatowym wzorze (uważał, że „Niemiec wymyślił różę z gałgana”. Krytykował także osoby używające kwiatowych zapachów (wykrzyknął niegdyś: „Laboga! I gadaj teraz z ludźmi, kiedy oni i lilje nawet doją!”.
W Kuklówce artysta odsunął się od ludzi, małżeństwo się rozpadło, wśród okolicznych sąsiadów otrzymał przydomek dziwaka i odludka. Choć nie do końca było to prawdą. Chełmoński nadal trochę podróżował, wystawiał swoje dzieła, udzielał się w krakowskim Stowarzyszeniu Artystów „Sztuka”, odwiedzał czasami sąsiadów, czy oni jego. Świadczy o tym wiele fotografii zgromadzonych na ekspozycji. W tej wiejskiej samotni, powstały dziesiątki dzieł malarskich, na których artysta ukazuje czyste krajobrazy, dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku, czy też liryczne sceny rodzajowe z życia mieszkańców wsi. Choćby ten obraz, poniżej pt.: Wnętrze chaty na Polesiu z 1909 roku ( za: Wikimedia Commons), który tak bardzo mnie urzekł.
Chełmoński – kwintesencja polskości w malarstwie
W historii sztuki polskiej Józefa Chełmońskiego zalicza się do najwyżej cenionych malarzy. a jego twórczość zajmuje miejsce szczególne.
Wykreowane przez niego wizje natury, widoki wsi i sceny z życia jej mieszkańców od przeszło stu lat są uznawane za najbardziej narodowe. Na wielu obrazach widać, że Chełmoński został obdarzony żywiołowym temperamentem (wiejskie sceny) i fotograficzną pamięcią. Podobno pamięć wzrokowa Chełmońskiego była tak dobra, że artysta w pracowni potrafił malować ze szczegółami pejzaże, które widział wiele miesięcy wcześniej. Odznaczał się znakomitym zmysłem obserwacji i zdolnością zapamiętywania najbardziej ulotnych wrażeń, które następnie utrwalał na płótnie.
Rozległe przestrzenie łąk przetkanych wiosennym kwitnieniem, piaszczysta droga biegnąca wśród pól, tafle mokradeł, rozlewisk i stawów, na których migocą świetlne refleksy – to najczęściej powtarzające się motywy prawie całej twórczości Chełmońskiego. I stąd bierze się fascynacja jego sztuką, tysiące zwiedzających, tęskniących za urokiem sielskich pejzaży, które zniszczyła cywilizacja i których często już nie ma…
Opracowanie Ewa Gulbis.
Wybrana bibliografia: Portal internetowy Culture, Historia Do Rzeczy, wrzesień 2019, Chełmoński na jesień. Polskość zaklęta w obrazie, Historia Do Rzeczy, wrzesień, 2021, portal Dobra Sztuka.





