Kolekcjonerzy kości
Magdalena Ogórek (za: wpolityce.pl)
W połowie listopada 2025 roku Polską wstrząsnęła wiadomość, że niemiecki Dom Aukcyjny Ulrich Felzmann wystawił na sprzedaż makabryczną kolekcję, utkaną z cierpienia polskich i żydowskich ofiar, nazwaną eufemistycznie „pamiątkami”.
Były to obozowe akty zgonu, listy, które nigdy nie trafiły do adresatów, odarte z nadziei rysunki pomordowanych w niemieckich obozach koncentracyjnych. By zrozumieć, jak mogło dojść do tego skandalu, trzeba cofnąć się w czasie do maja 1945 r. kiedy po kapitulacji Niemiec świat wszedł w inną rzeczywistość. Nikt nie chciał rozmawiać o okropieństwach z przeszłości i szybko ustalno, że za zbrodnie III Rzeszy odpowiada A.Hitler i garstka osób osądzonych w Norymberdze.
Tysiące SS-manów biorących udział w machinie niemieckiego terroru fałszowało swoje identyfikacje, a bywało, że zjawiali się w urzędach jako ofiary prześladowań, ale nieraz te ofiary, które przeżyły, spotykały na ulicach swoich katów. Wkrótce przyszła „zimna wojna” i pozorną denazyfikację przerwano, zaś wielu morderców uciekło do Ameryki Południowej, a część została zwerbowana przez służby specjalne.
Z czasem winnych odpersonifikowano, wprowadzając takiego zbiorowego, czyli „nazistów”.
Kto mordował w obozach koncentracyjnych, wykonywał tam zbrodnicze eksperymenty, rabował dzieła sztuki? Oczywiście, byli to naziści i tak zaczął się okres powojennego budowania kłamstw, gdy nowy termin przyjął się w europejskiej świadomości; archiwa świadczące o zbrodniach zaczęły pokrywać kurz, bo nikt do nich nie zaglądał. Dawni oprawcy naleźli pracę w urzędach, pseudomedycy do niedawna eksperymentujący w obozach zyskali nowe dyplomy i nikt o nic nie pytał, a ci co to robili, byli skazani na bojkot i społeczne wykluczenie. W ten sposób wielu sadystów dostało się do policji, różnych urzędów i służb, dbając o to by skala kompromitującej prawdy nigdy nie wyszła na jaw.
Procesy oświęcimskie z lat ’60 zaszokowały niemiecką opinię publiczną, bo wszak jak ustalono, za wszystko odpowiadał Hitler i naizści rozliczeni w Norymberdze. Prokurator Franz Bauer, któremu wytykano żydowskie pochodzenie, stał się persona non grata, co nie dziwi, gdy wielu zbrodniarzy było znanymi politykami i biznesmenami w demokratycznych Niemczech. W takim świecie, spowitym mgłą powojennych kłamstw, wykuwał się nowy porządek prawny: nowe ustawy uchwalono tak przemyślnie, iż to ofiary miały udowodnić winę sprawcom.
W tych prawnych manipulacjach przodowały Niemcy i Austria, bo ich magazyny muzealne były pełne bezcennych dzieł sztuki zrabowanych na terenach okupowanych (największego rabunku dokonano w Polsce).
Według tego bezprawia, to ubiegające się o zwrot muzea miały dowieść swego stanu posiadania sprzed wojny, choć Niemcy rabując dbali by zniszczyć wszelką dokumentację. Tak więc ta legislacja była wygodna katom, sankcjonując legalną grabież, i po latach okazało się, jak daleko idące konsekwencje tego były. Dodatkowo Niemcy i Austria zadbały o tzw. zasiedzenie, tj.po 30 latach od wojny można było bez obaw handlować zrabowanymi dziełami sztuki czy pamiątkami należącymi do pomordowanych.
W ten sposób w latach ’80 na aukcjach antywariatów i domów aukcyjnych w Niemczech i Austrii zaczęły się pojawiać dzieła figurujące na liście zrabowanych przez okupantów naszego Ministerstwa Kultury. I tak np. w 2012 r. okładkę domu aukcyjnego Villa Grisebach zdobiła „Murzynka” (dziś obraz ze względu na poprawność polityczną to „Portret kobiety”) praca wybitnej polskiej malarki Anny Bilińskiej-Bohdanowicz. Ministerstwo Kultury, zaalarmowane przez pracownicę Muzeum Narodowego, szybko podjęło działania restytucyjne zakończone sukcesem tylko dlatego, że mieliśmy zdjęcie i dokumentację potwierdzającą polskie pochodzenie obrazu.
To był szok, bo Niemcy arogancko wystawili do sprzedaży polskie dzieło sztuki, wiedząc o rabunku, a mimo to zrobili to, uważając, że prawo stoi po ich stronie. Ale nie zawsze udało się udowodnić polskie pochodzenie i np. za „Pomarańczarkę” Gierymskiego Polska musiała zapłacić złodziejom, czyli Niemcom.Równolegle na oczach opinii publicznej dokonywała się inna manipulacja polegająca na odwracaniu pojęć: coraz częściej pojawiały się polskie obozy koncentracyjne (użyty nawet przez prez. USA B.Obamę), a w telewizji leciały seriale, w których oprawcami Żydów byli Polacy.
Po 2000 r. w Niemczech zaczęły się pojawiać publikacje o niemieckich ofiarach „systemu nazistowskiego”, rozpoczynając największą semantyczną inżynierię w dziejach, gdy skutecznie zaczęto przeprowadzać proceder zamiany kata z ofiarą.
Kolekcjonerzy kości
W takiej atmosferze, zwłaszcza po 2020 r. wspomniane aukcje zaczęły się rozpowszechniać i Niemcy ośmielone ogólnym przyzwoleniem oraz tym, iż w Polsce nie rządzi już ekipa domagająca się reparacji wojennych, poszły na całość w sytuacji politycznej, w której minister rządu RP używa sformułowania polscy naziści. Żniwo zbiera też nasza polityka nastawiona na to, by polscy historycy w swoich badaniach unikali tematyki II wojny. Nie dziwi zatem, że tę aukcję „kolekcji śmierci” zauważył i nagłośnił dziennikarz Cezary Gmyz, po czym oburzeni Polacy masowo zalali internet zdjęciami zgonów więźniów obozów koncentracyjnych, listów dzieci, obozowych rysunków ofiar etc.
Tym, co uderzyło społeczeństwo, była całkowita ignorancja władz w zakresie monitorowania takich aukcji, bo wszak nie była ona pierwsza, a rząd wyręczył biznesmena Radosława Tadajewskiego, kierując do Niemców pismo z żądaniem odwołania aukcji i oferując wykup kolekcji, by przekazać ją polskim muzeom. Dopiero wtedy aukcję odwołano i nareszcie głos zabrała minister kultury M.Cienkowska, deklarując interwencję u strony niemieckiej.
W tej sprawie zastanawia coś jeszcze: kto jest właścicielem splamionej krwią polskich i żydowskich ofiar kolekcji? W związku z tym Fundacja Polish Lost Art, której jestem prezesem, skierowała do Domu Ulrich Felzmann pytania o to, skąd pochodzą dokumenty wystawione na sprzedaż, jak weryfikowano ich pochodzenie i sprawdzano, w jaki sposób właściciel wszedł w ich posiadanie. Enigmatyczna odpowiedź bez żadnych konkretów nie zawierała nawet słowa „przepraszamy”, oznajmiając, że „jakaś część należała do potomków ofiar, a duża część pochodzi z prywatnej kolekcji badawczej”.
W tym całym podejściu uderza, że Niemcy nie dostrzegają moralnie nagannego wymiaru swych działań, bo jak napisali: „Po analizie prawnej wszystkich okoliczności nie uważamy za naganne, iż ktoś decyduje się sprzedać takie przedmioty zamiast przekazać je w darowiźnie”. Widać więc, iż jeżeli przestaniemy reagować, to kiedyś obudzimy się w świecie przestawionych pojęć i dojdzie do domknięcia procesu zamiany kata z ofiarą, a Polacy oddający życie za Żydów będą oskarżani o zbrodnie. Tak przy okazji, to nie wprost ale jednak, ta aukcja oficjalnie przyznała, że naziści to Niemcy.

