Demoniczny Duch Vaticanum II (część I – prehistoria)

Demoniczny Duch Vaticanum II  (część I – prehistoria)

Nota autora: W opracowaniu tego cyklu była mi pomocna lektura następujących książek: Dietrich von Hildebrand – „Koń trojański w mieście Boga” oraz „Spustoszona winnica”; Romano Amerio – „Iota unum” i „Stat veritas”; Taylor Marshall – „Infiltracja”.

Obraz Kościoła jest taki, jaki każdy w miarę obiektywny katolik widzi, czyli delikatnie mówiąc, kiepski i biorąc pod uwagę założenie, iż weszliśmy w okres nazywany „końcem czasów” (a wszystkie znaki na niebie jeszcze nie, ale na ziemi owszem, na to wskazują) oraz pamiętne pytanie z Jezusa z kart Ewangeli, „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”, nie można się takiemu stanowi rzeczy dziwić. Tym bardziej, że od samego początku istnienia Kościoła miał za przeciwnika bardzo inteligenty duchowy byt, któremu na imię Szatan, znający świetnie słabości i ułomności natury ludzkiej. Oczywiście o końcowy etap tej walki Złego przeciw Chrystusowi i Jego Kościołowi nie musimy się martwić, bo sam Jezus zapowiedział, iż „…bramy piekielne go nie przemogą”, lecz niestety ta walka musiała przynieść i przynosić będzie do samego końca, wiele ofiar. W historii Kościoła były chwile kiedy wydawało się, że jednak moce piekielne przeważą; był czas gdy wiernych ortodoksji była mniejszość biskupów. A jednak Kościół ten okres nie tylko przetrwał, ale się umocnił. Szatan przez wieki atakował Kościół z zewnątrz, by po czasie przekonać się, iż krew męczenników i prześladowania, powodują tylko wzrost liczby wiernych. I według Złego, coś należało z tym zrobić…

Nie trzeba było długo czekać, by diabelskie ataki przyjęły strategię niszczenia Kościoła od wewnątrz (choć ataki zewnętrzne trwały nadal), zaś Zły uznał, iż słabości ludzkie, które tak dobrze wykorzystywał, mają jedną wadę, a mianowicie są pozbawione zorganizowanej struktury. Przełomem była rewolta M. Lutra i Reformacja, która przyniosły potężny atak na Kościół, ale jej wadą, była „zewnętrzność”. Potrzebny był tu sposób, aby do Kościoła wprowadzić „Konia Trojańskiego”, lecz nie jako pojedyńczą osobę, ale właśnie prawdziwą „stajnię trojańską”. I ten zamiar Szatanowi się udał, chociaż zabrało to „trochę” czasu; takiej skutecznej struktury zła, nawet Szatan nie mógł zbudować od razu. Ale ponieważ jak wspomniałem, jest to byt od nas inteligetniejszy, więc ten swój schemat zaplanował na lata. To zadanie powierzył najpierw masonerii, do której później dołączył komunizm (ich organizacyjne struktury się wzajemnie przenikają, zaś tym, którzy uważają, iż komunizm jest martwy, gratuluję naiwności). I właśnie w naszych czasach możemy oglądać końcowe efekty strategii wybrańców Szatana.

Gdyby chcieć szukać genezy kryzysu w obecnej sytuacji Kościoła, nie sposób nie nawiązać, i czyni to znakomita większość komentatorów, do Soboru Watykańskiego II, a dokładniej do słynnego „Ducha Soboru”, na którego tak często powołują się postępowcy. Co najwyżej, jako początku wszelkich kłopotów, upatruje się wraz z początkiem pontyfikatu Jana XXIII, który został papieżem w 1958 roku i 3 miesiące po objęciu katedry św. Piotra ogłosił zamiar zwołania Soboru Powszechnego Kościoła Katolickiego. Ale sprawa nie jest wcale tak oczywista, a do takiego wniosku można dojść po przeczytaniu ww książek, które były dla mnie znakomitym i otwierającym oczy na wiele faktów, źródłem. Faktycznie ta intrygująca historia związana z wprowadzeniem w życie owej szatańskiej strategii, zaczęła się ponad 150 lat temu… a nie, jak sądzi większość krytyków, z początkiem Vaticanum II. Ale po o kolei…

Ponieważ założycielem masonerii był Szatan, którego „bracia masoni” czczą pod nazwą Wielkiego Architekta, jej głównym, jeśli nie jedynym celem (poza takim „ubocznym” jak panowanie nad światem), była i jest walka z Kościołem. To co działa na korzyść Szatana, czyli nasze słabości, przeszkadza zarazem w szybkim osiągnięciu zamierzeń Złego, bo „braci” zżerają te same wady, które Zły tak umiejętnie wykorzystuje przeciw nam. Ale w końcu ich szatański mistrz podpowiedział im znakomity sposób, by dostać się do wnętrza Kościoła, co ujawniła opublikowana w 1859 r. (dokument pochodzi z 1846 r.) masońska „Stała Instrukcja Alta Vendita” (tak się nazywała ówczesna loża masońska we Włoszech), której ważny fragment tu przytoczę: „Papież, kimkolwiek by nie był, nigdy nie zostanie naszym członkiem, dlatego waszym zadaniem jest zrobienie pierwszego kroku w kierunku Kościoła, by zawładnąć nim, a przez to papieżem. To zadanie na wiele lat, może i całe stulecie. By zapewnić sobie wybór papieża o cechach odpowiadających nam, należy go najpierw ukształtować. Zostawmy na boku ludzi dojrzałych, idźmy do młodych ludzi, a nawet dzieci. Z czasem nasze doktryny dotrą do młodych księży, którzy powoli przejmą wszystkie ważne funkcje w Kościele. Będą rządzić i administrować, wejdą w skład Rady Papieskiej i wcześniej czy później zostaną elektorami jakiegoś papieża. Jeżeli chcemy ustanowić panowanie wybranych na tronie nierządnicy Babilonu, musimy sprawić, by kapłani maszerowali pod naszym sztandarem, cały czas naiwnie wierząc, że idą pod sztandarem kluczy Apostolskich”.

Tak przy okazji, to wiele lat potem, Sowieci podobną taktykę, stosowaną z wielkim sukcesem głównie w dziedzinie militarnej (ale nie tylko), nazwali „maskirowka”, zaś współczesne nam lewactwo „marszem przez instytucje” (namawiam do poszukania informacji o tej przebiegłej lewicowej taktyce). Strategia Szatana jest właśnie skrótowo mówiąc, połączeniem obu taktyk mających na celu podbój i ewentualne zniszczenie Kościoła od wewnątrz. Cały proces rozpoczęto w 1870 r. kiedy rządzący Włochami „karbonariusze” (lokalna nazwa masonów) wypowiedzieli wojnę Państwu Kościelnemu, które po dwu tygodniach walk się poddało (do dyspozycji były nieliczne wojska najemne ze Szwajcarii). Ten pierwszy akt otwartej agresji, był właściwym początkiem niewypowiedzianej wojny przeciw Kościołowi, ze strony masonerii; od tej pory wojna weszła na niejawne tory, przez stopniowe realizowanie strategii ukazanej w Instrukcji „Alta Vendita”. Słudzy geniusza zła niepostrzeżenie robili swoje, choć kolejni papieże jakby przeczuwali, iż to pozorne uśpienie otwartych ataków, nie oznacza by zacięty wróg Kościoła odpuścił. Pewne polepszenie formalnej sytuacji nastąpiło w 1929 r. gdy Pius XI podpisał z faszystowskimi Włochami Pakty Laterańskie, przywracające suwerenność Watykanu jako państwa – miasta. Z pewnością entuzjazmu ze strony papieża nie było, ale przeważyła chyba chłodna kalkulacja, iż będzie to rodzaj „mniejszego zła”. Wydaje się, że ta racjonalna decyzja była słuszna, ale w pewnym sensie ucieszyła masonerię, która wolała penetrować zorganizowaną strukturę Kościoła, niż coś nieokreślonego.

Wybiegając nieco w przyszłość, koniecznym jest nawiązanie do jednej z osób przesłuchiwanych przed Senacką Komisją ds. Działalności Antyamerykańskiej w roku 1953 w USA. Bella Dodd, bo to o niej będzie mowa, była ideową komunistką umieszczoną wysoko w hierarchii Komunistycznej Partii USA. Zanim pojawiła się ze swoimi zeznaniami przed Komisją, rok wcześniej zdarzył się cud, którego instrumentem był (bo jak wiadomo, w takich przypadkach mocą sprawczą jest sam Pan Bóg) znakomity kaznodzieja katolicki abp Fulton J. Sheen, pod którego duchowym przewodnictwem, Bella wyrzekła się komunizmu i nawróciła na katolicyzm. I oto w 1953 r. B. Dodd pod przysięgą zeznała: „W latach ’30 udało nam się wprowadzić do stanu duchownego ok. 1100 młodych ludzi, z poleceniem zniszczenia Kościoła od środka. Obecnie, na początku lat ’50 zajmują oni najwyższe stanowiska w Kościele”. Jej zeznania potwierdził Manning Jones, eks-komunista zeznający też przed Komisją dodając, iż akcja zapoczątkowana 20 lat temu miała swe źródło „w centrum”, a gdzie ono leżało, to nie muszę Państwu tłumaczyć. To wtedy ukryty sojusz na linii masoni- sowieci zmaterializował się we wspólnej akcji przeciw Kościołowi. Przed swą śmiercią (1968 r.) w wywiadzie dla Dietricha Hildebranda B. Dodd przyznała, iż obecnie 4 z owych agentów awansowało na pozycje kardynalskie, choć pewnie pod wpływem abpa F.J. Sheena nie chciała wyjawić ich tożsamości. Dociekliwy D. Hildebrand dokonał jednak rekonstrukcji czasowej i przebiegu karier wielu kardynałów a na potencjalnej liście 28 „podejrzanych”, znaleźli się tacy jak ujawniony lata później sodomita kard. Spellman (patron „duchowy” znanego dewianta Th. Mc Carricka), liberalny pretendent do urzędu papieża kard. Lercaro oraz bardzo wpływowy wśród hierarchów niemieckich, postępowy kard. Frings. Tak więc widać, iż prawie równo sto lat po pamiętnej instrukcji włoskiej masonerii, nowy sprzymierzony z nią sojusznik czyli komunizm, dokonał znaczącego kroku w infiltracji Kościoła. Nadeszła pora, by zacząć grę o najwyższą stawkę i by ten proces opisać, muszę wrócić do roku 1946.

To właśnie w tym roku papież Pius XII, z trudno powiedzieć jakiego powodu, bo to zawsze decyzja bardzo osobista, zmienił spowiednika, którym się stał niemiecki jezuita o. Augustin Bea. Jedno jest pewne, iż nowy papieski spowiednik zaczął wtedy sączyć w uszy Piusa XII różne postępowe pomysły i sugestie. Pierwszy efekt, to mianowanie w 1948 r. kontrowersyjnego już wtedy ks. Annibale Bugnini (krążyły pogłoski, że jest masonem) na członka Komisji Reformy Liturgicznej Wielkiej Soboty (tak bardzo niewinnie zaczęło się to co miało swą kulminację w roku 1970). Nowa liturgia miała swą premierę w 1951 r. ale A. Bugnini nie spoczął aż „zreformował” liturgię całego Wielkiego Tygodnia, co stało się w 1955 r. Już wtedy było widać, iż apetyt tego reformisty, jest znacznie większy. Wkrótce po wprowadzeniu owych zmian, z Watykanu nadeszły złe wiadomości, bo Pius XII poważnie zachorował (zaczął miewać nocne lęki i halucynacje) i właściwie do swej śmierci w 1958 r. na dobrą sprawę nigdy całkowicie nie wyzdrowiał. W tym czasie oprócz wspomnianych reformatorów tj. A. Bugniniego i A. Bea doszedł rekomendowany przez nich kard. Giovanni Montini (przyszły papież Paweł VI). Praktycznie to wtedy nasi postępowcy uznali, że istnieje realna szansa dokonania tego, co później nazwano „protestantyzacją liturgii katolickiej” i stopniowego wykluczenia Rytu Trydenckiego. Tymczasem musieli uzbroić się w cierpliwość, oczekując śmierci Piusa XI i wyboru swojego kandydata (dla bezpieczeństwa przygotowali dwóch, którzy mieli niby konkurować; jak widać niczego nie pozostawiali przypadkowi), jednego z dwójki: kard. G. Montini lub kard. Angelo Roncalli.

Październikowe konklawe po śmierci Piusa XII trwało dni 3 dni i było, co najmniej mówiąc, bardzo dziwne. 

Faworytem był promowany przez Piusa XII relatywnie młody (52 lata), konserwatywny kard. Giuseppe Siri a jego głównym oponentem liberalny kard. Giacomo Lercaro; za kompromisowego kandydata uważano weterana watykańskiej dypolmacji kard. Angelo Roncalli (ponieważ miał już 77 lat, jego ewentualny pontyfikat byłby raczej krótki). Drugiego dnia konkalwe, po 4 głosowaniach z komina Kaplicy Sykstyńskiej wzbił się biały dym, co tradycyjnie sygnalizowało wybór papieża, co wkrótce potwierdziło bicie dzwonów.

Jednaj zgromadzony tłum czekał na próżno godzinę na ukazanie się nowego następcy św. Piotra. Zamiast tego Radio Watykan ogłosiło, że doszło do pomyłki i konklawe będzie kontynuowane. O tej pory pojawiły się pogłoski, iż kard. Siri został faktycznie wybrany papieżem i przyjął wybór, stąd biały dym, ale nie wiadomo z jakich powodów został zaszantażowany i zrezygnował z przyjętego już urzędu. Nigdy też nie została ogłoszona oficjalnie przyczyna owej „pomyłki”, o której mówił komuniakt radiowy.

Dopiero dwa dni po tej kontrowersyjnej sprawie, elektorzy wybrali nowego kandydata, którym faktycznie okazał się typowany jako kompromisowa kandydatura, kard. Roncalli, który przyjął imię Jan XXIII, zaś do historii przeszedł jako papież – rewolucjonista, który wkrótce ogłosił zamiar zwołania Soboru Powszechnego.

I tak 11 października 1962 r. na otwarcie Soboru Watykańskiego II, Jan XXIII powiedział: „Prorocy zagłady zawsze będą mówili tak, jakby teraźniejszość w porównaniu z przeszłością stawała się coraz gorsza. Ale ja widzę ludzkość, jak wkracza w nowy porządek (podkreślenie A.O.) i dostrzegam w tym boski plan”. To prawda, Pan Bóg panuje nad historią, lecz nazywanie tego, co szykowała Kościołowi nowa postępowa ekipa hierarchów katolickich z papieżem na czele, „boskim planem”, z pewnością się Stwórcy nie mogło podobać. Przyczyna tego była prosta: zabrano się za niszczenie Kościoła założonego przez Jego Syna i można się domyślać, że właśnie tego obawiali się „prorocy zagłady”. Sarkastycznie można skomentować, iż ów „nowy porządek” Jana XXIII miał też swoich „proroków”, którymi byli o. A. Bugnini w liturgii, kard. A. Bea w ekumenizmie i kard. Montini, „papież Novo Ordo”. Technicznie rzecz biorąc były właściwie dwa Sobory: ten planowany przez Jana XXIII, mający być aktem odnowy i szansą na usprawnienie funkcjonowania Kościoła, planowany na kilka miesięcy, bo zasadniczą przygotowawczą pracę miały wykonać powołane przez papieża komisję. Krytycy Pawła VI uważają, iż wbrew regulaminowi Soboru ustalonego przez Jana XXIII, anulując wyniki prac owych komisji, zerwał swą nieuprawnioną decyzją Vaticanum II i po dwóch latach zaczął się całkiem inny Sobór, z jakim skutkami to sami wiemy.

Ta nieco przydługa opowieść o wypadkach poprzedzających zwołanie Vaticanum II i tego późniejszych konsekwencjach (o czym będą traktować następne odcinki tego cyklu), była konieczna, abyście Państwo przypadkiem nie pomyśleli, iż nowy papież ot, tak sobie wpadł na pomysł zwołania Soboru, a potem „to się jakoś porobiło”… Nie po to Zły pracował zawzięcie ponad 100 lat, by teraz liczyć na jakiś „przypadek”; wszystko zostało należycie przygotowane, choć jak już wspomniałem ludzkie słabości uniemożliwiały Szatanowi bezbłędną i szybką realizację jego planów. Lecz teraz wszystkie elementy diabelskiej układanki znalazły się na swoich miejscach. „Słudzy ciemności” (z pewnością nie wszyscy byli nimi dobrowolnie, część z nich będąc prostymi „postępowcami”, którzy chcieli dobrze, a wyszło tak, jak zwykle…) przystąpili do ataku, który odbył się oczywiście pod nośnym hasłem, iż to dobre i konieczne dla Kościoła. Kolejny odcinek o „Demonicznym Duchu Vaticanum II” pozwoli Państwu zrozumieć rolę, jaką grali w scenariuszu napisanym przez Szatana papieże Jan XXIII i szczególnie Paweł VI ( i nie ma tu mowy bym uważał ich za opętanych). To, że grali swe role nieświadomie potwierdza zaskoczenie Pawła VI, który w 10- lecie swego pontyfikatu, podczas homilii wygłoszonej podczas Mszy św. (a więc całkiem jawnie) stwierdził: „Moglibyśmy powiedzieć, że przez jakąś tajemniczą szczelinę, ale nie, nie jest ona tajemnicza; przez jakąś szczelinę, do Kościoła Bożego wdarł się dym Szatana. Pojawiło się zwątpienie, niepewność, kłopoty, niepokój, niezadowolenie, kłótnie”. Można tę refleksję skomentować „lepiej późno, niż wcale”… lecz czy nie można było podążać za bardzo uniwersalną i znakomitą radą (nie tylko dla papieży): zanim coś zrobisz, pomyśl o odpowiedzialności i konsekwencjach ? Ale o tym, co stało się później, będzie traktował kolejny odcinek, na który już teraz serdecznie moich wszystkich Czytelników zapraszam…

Comments

No comments yet. Why don’t you start the discussion?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *