Dla Polaków wojna nie skończyła się w 1945 roku

Dla Polaków wojna nie skończyła się w 1945 roku

Dla Polaków wojna nie skończyła się w 1945 roku

Sowieckie zabójstwa i wywózki do nieludzkich łagrów, z których nie było ucieczki

Dr Marek Klecel

Największe masowe wywózki Polaków z Kresów Wschodnich w głąb Rosji, które zaczęły się na początku wojny w latach 1940–1941, nie skończyły się wcale z jej finałem w 1945 r. Przeciwnie, już pod koniec wojny zaczęły się na nowo, co było najbardziej dotkliwym, podstępnym i perfidnym zaskoczeniem, którego jednak można było się spodziewać, pamiętając początek wojny. Znów zaczęto wyłapywać i wywozić Polaków, i to tych najbardziej zasłużonych w walce z Niemcami, którzy walczyli w Armii Krajowej i innych oddziałach partyzanckich na Kresach lub działali w konspiracji, a więc byli poniekąd sojusznikami Armii Czerwonej w pokonaniu wspólnego wroga. Tymczasem podczas jej zwycięskiego pochodu na Berlin Polacy zaczęli być traktowani jako przeciwnicy, a nawet wrogowie. W zajętej bowiem zbrojnie Polsce już przygotowywano sowiecki system komunistyczny, który zwalczał wprost lub eliminował wszelkie niesowieckie siły.

Za drugiego Sowieta

Tak nazywano ten drugi „cios w plecy”, gdy pod koniec wojny Armia Czerwona i siły NKWD parły na Zachód i znów zajmowały Kresy, objęte od 1941 r. okupacją niemiecką. Od tego czasu działały cały czas oddziały Armii Krajowej, a na Kresach, na tyłach Niemców, największe ugrupowania jak 27. Dywizja Wołyńska czy duże oddziały AK na Wileńszczyźnie (później 5. Batalion Wileński). W ogłoszonej w styczniu 1944 r. akcji „Burza” miały współdziałać z oddziałami sowieckimi w walce z Niemcami, zaznaczając jednocześnie swą obecność i prawa do objęcia tych ziem oraz władzy w odzyskanym kraju. Taktyka „nie walczyć z Sowietami”, jakkolwiek słuszna w sytuacji walki ze wspólnym wrogiem, okazała się nie tylko nieskuteczna, ale i zabójcza, gdyż nowy i bezwzględny okupant brał wszelkie łupy w drodze do zwycięstwa. Jeszcze przed Powstaniem Warszawskim objawiła się na Kresach cała prawda o zamiarach i okrucieństwie zwycięskiej władzy sowieckiej wobec sprzymierzeńców. Na początku wojny Sowieci postępowali jeszcze ostrożnie jako wspólnicy Hitlera i kryli się w opinii świata za jego plecami, stopniowo sowietyzując zajęte tereny i deportując z nich ludzi. Z końcem wojny natomiast działali już otwarcie i śmiało jako, za przyzwoleniem zachodnich aliantów, jedyni zwycięzcy, którzy zapanowali nad całą Europą Wschodnią. Na różne sposoby usuwali tam wszystkich, których podejrzewali, że mogą sprzeciwić się wprowadzeniu sowieckiego komunizmu.

Gdy od wiosny 1944 r. Armia Czerwona wkraczała na kresowe tereny, rozbrajała większe polskie oddziały partyzanckie. Żołnierzy zamykano w obozach na tyłach armii, oficerów wyłapywano i stawiano przed sądami wojskowymi jako zdrajców lub dywersantów. Powtarzał się nowy Katyń, tyle że nie od razu masowo rozstrzeliwano, a skazywano na wywózki do łagrów po fikcyjnych śledztwach; darmowa siła robocza znów była w cenie. Po oficjalnym zakończeniu wojny w maju 1945 r. na ziemiach Polski zajętych przez Sowietów nadal trwał stan wojny. Według jej praw każdy człowiek mógł być uznany za wroga, uwięziony i skazany z samego podejrzenia sprzyjania nieprzyjaciołom, prowadzenia walki z pogromcami niemieckiego nazizmu i faszyzmu, za dywersję lub szpiegostwo. Najbardziej tragiczne przykłady nowej okupacji to porwanie 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego jeszcze w marcu 1945 r. i ich haniebny proces pokazowy w Moskwie, jak też Obława Augustowska już w lipcu 1945 r., podczas której oddziały Armii Czerwonej i NKWD, a także polskiego „ludowego” wojska, zwalczały na terenach północno-wschodnich w zemście za partyzantkę nawet ludność cywilną. Wtedy, już w czasach pokoju, zamordowano około 600 ludzi, natomiast około dwóch tysięcy zaginęło. Nie wiadomo do dziś, gdzie ich pochowano, czyli wiadomo o tej zbrodni mniej niż o Katyniu.

Natomiast wiele wiadomo o tysiącach nowych skazańców, których już po wojnie wyłapywano i wywożono do łagrów w Rosji jakby też dla pokazania całej siły i bezwzględności nowej, w istocie sowieckiej władzy. Nominalnie polskie władze nie miały w tej sprawie nic do powiedzenia; w istocie akceptowały oczyszczanie pola z wrogów tudzież przeciwników nowego, „prawdziwie demokratycznego” – jak zapewniano – ustroju. Największą tragedią polskiego społeczeństwa było to, że wyłapywano przede wszystkim kadry, które walczyły w AK i innych ugrupowaniach; że bezwzględnie polowano na ludzi, którzy często poświęcali się konspiracji przez całą wojnę i mogli stanowić elitę przywódczą po wojnie. Tymczasem plan sowiecki dla Polski polegał na ich eliminacji – na uwięzieniu przywódców i ich likwidacji oraz na wywiezieniu kadr niższych do niewolniczej pracy w łagrach. W ten sposób pozbywano się w Polsce konkurentów sowieckiej władzy.

Przeciw dwóm wrogom

Pod koniec wojny walczyły z Niemcami na Kresach potężne już siły partyzanckie. W obronie Wilna oddziały Armii Krajowej przeprowadziły w ramach akcji „Burza” własną akcję „Ostra Brama”, która miała być Powstaniem Wileńskim przed wejściem Armii Czerwonej. Sowieci zachowali się zdradziecko. Pozorując negocjacje i rozmowy, aresztowali dowódców, w tym płk. Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka”, który później zginął gdzieś w łagrach. Starali się rozbić i internować wszystkie oddziały AK, by wcielić je do podporządkowanej im armii Berlinga. Większość, która się na to nie godziła, zamykano w specjalnych obozach. Spore grupy, którym z takiego obozu w Miednikach udało się zbiec spod władzy Sowietów do Puszczy Rudnickiej, stworzyły partyzantkę powojenną, w tym największe ugrupowanie 5. Brygady Wileńskiej.

Wśród około siedmiu tysięcy partyzantów uwięzionych wtedy przez Sowietów znalazł się Paweł Świetlikowski, oficer AK i uczestnik konspiracji na Wileńszczyźnie. Trafił w ich ręce nie pierwszy raz i znał doskonale ich metody, ale tym razem nie udało mu się wymknąć. Po kampanii wrześniowej, gdy ewakuował się na wschód, został tam ujęty przez wkraczające oddziały sowieckie i przeznaczony do deportacji. Jak opisuje we wspomnieniach „Gułag Workuta”, uratowały go w 1939 r. dwie kobiety. Na stacji w Kowlu załadowano go wtedy z innymi żołnierzami do jednego z tych pociągów, które wiozły do miejsc takich jak Katyń. Straże sowieckie pozwalały jeszcze wtedy miejscowej ludności dostarczać żywność do takich pociągów. Jakaś kobieta z chlebem w ręku podeszła do okna, w którym stał Świetlikowski, i powiedziała: „Niech Pan zaczeka, ja Pana wyprowadzę”. Weszła do wagonu, przeszła z chlebem obok sowieckiego strażnika i kazała zaskoczonemu oficerowi iść za sobą. Strażnik nie zareagował, nie mając widocznie wyraźnego rozkazu, spokojnie więc wyszli z pociągu. Na dworcu kobieta zostawiła Świetlikowskiego, śpiesząc do innych obowiązków.

Na sali dworcowej kłębił się tłum zdezorientowanych ludzi, którzy wędrowali na wschód, a później z powrotem na zachód. Liczyli na jakieś pociągi, by wyjechać z miejsca, które znalazło się już pod panowaniem sowieckim. Świetlikowski chciał wrócić do rodzinnego Wilna, ale jazda pociągiem mogła okazać się pułapką, miał przecież na sobie wojskowy mundur. Sytuacja stała się niebezpieczna, gdy pojawiły się sowieckie patrole z czerwonymi opaskami na rękawach, sprawdzające dokumenty w poszukiwaniu żołnierzy i poborowych. Paweł zauważył, że obserwuje go młoda kobieta. Po chwili podeszła do niego i zapytała: „Pan zapewne jest z wojska?”. Zaraz też dodała: „Niech Pan zostanie moim mężem”. Zaskoczony, zrozumiał jednak od razu, że kobieta chce mu pomóc. Żeby zmylić uwagę patroli, zaczęli rozmawiać jak bliska sobie para. Okazało się, że ona jest z Radomia, gdzie pracuje w fabryce zbrojeniowej, a w Kowlu była na delegacji, skąd starała się wrócić do rodziny. „Pan pewnie do Wilna?” – zapytała. „Skąd Pani wie?” – zdumiał się. „Słychać po akcencie” – odpowiedziała. Udało im się opuścić dworzec. Wkrótce rozstali się, bo ona musiała znaleźć inny pociąg. Paweł, polując na pociąg do Wilna, widział jeszcze pociągi z polskim żołnierzami pod sowiecką eskortą. Na peronie krasnoarmiejcy wykrzykiwali „Nielzia podchodit, budiem strielat!”. Jakaś staruszka, która mimo to chciała podać coś do pociągu, została zastrzelona; jej ciało pozostało na peronie. Paweł wsiadł do pociągu, który miał jechać do Wilna. Po drodze były stałe kontrole dokumentów. Żeby uciec przed sowiecką milicją, przesiadał się z wagonu do wagonu. Wreszcie szczęśliwie dotarł do rodzinnego miasta.

Wojna dopiero się tam zaczynała. Wilno przeszło kilka okupacji, na przemian sowiecką i niemiecką, jakie następowały ze zmianą frontów; była nawet krótka okupacja litewska. Paweł Świetlikowski wszedł do konspiracji, a później do regularnych oddziałów Państwa Podziemnego, czyli Armii Krajowej. Gdy po okupacji niemieckiej Sowieci znów wkroczyli do Wilna, to podobnie jak we Lwowie zaczęli bardzo energicznie rozpracowywać polską konspirację na długo przed zakończeniem wojny. Chcieli zdobyć pełną wiedzę o jej organizacji, strukturze, kadrze dowódczej, siatce połączeń, przeprowadzanych akcjach. Informacje wydobywano w ciężkich śledztwach wszelkimi metodami, nie wyłączając fizycznego znęcania się i psychicznej opresji. Śledztwa odbywały się w środku nocy, przetrzymywano więźniów bez snu, zamykano do zimnego karceru, często każąc im tam stać w wodzie.

Zwycięstwo sowietyzmu

Pawła Świetlikowskiego aresztowano w połowie września 1944 r., a więc w czasie trwania Powstania Warszawskiego. Ktoś z organizacji załamał się w śledztwie i zaczął wydawać kontakty i osoby, działające jeszcze pod okupacją niemiecką. Sowieci chcieli zdjąć całą siatkę konspiracyjną, co w części im się udało. „Wilka” Krzyżanowskiego mieli już w ręku. Metodą na złamanie więźnia było najpierw ścisłe odosobnienie, a potem dezinformacja, czyli wprowadzanie w błąd, strach i szantaż. „Całkowita izolacja więźnia to był nieodzowny warunek powodzenia śledczego – pisał Świetlikowski. – Więzień izolowany nie wiedział, jak zeznają inni, a wykorzystywał to śledczy, mówiąc: ‘Wasz kamandir major Kowalski uże priznałsa i wsio drobno nam razkazał, a wy wsio jeszczo nie priznajeties’. Albo stosowano inny sposób wywarcia nacisku: ‘My ariestowali waszu żenu. Ona toże wsio potwierdziła nam. Jesli budietie mołczat i dalsze – pridjot arestowat toże waszu mat’”.

W dalszym śledztwie Paweł dowiedział się od śledczego, co mu właściwie zarzucają: „Zgodnie z paragrafem 58 kodeksu karnego ZSRR oskarżeni jesteście o przynależność i aktywną działalność w tajnej, przestępczej, wojskowej organizacji Armii Krajowej, zdradę ojczyzny, kontrrewolucję oraz zbrojne oderwanie Wileńszczyzny od Związku Radzieckiego”. Na pytanie, czy zrozumiał treść oskarżenia, Świetlikowski odpowiedział, że nie, bo jest obywatelem polskim, a nie sowieckim, więc to wszystko, pomijając bzdurne szczegóły, go nie dotyczy. Absurdalne oskarżenie miało swoją sowiecką, przewrotną logikę: kto walczył w AK, był przeciw Związkowi Sowieckiemu, a kto nie walczył, współpracował z Niemcami. Wszyscy Polacy w oczach Sowietów byli podejrzanymi, potencjalnymi przestępcami, a ściślej – zdrajcami lub szpiegami. Zdrada w pojęciu sowieckim to była zawsze zdrada Związku Sowieckiego. W końcu przesłuchania śledczy odezwał się do Pawła: „Co wy udajecie głupiego? ‘Izmiena rodiny – eto znaczit Sowieckowo Sojuza, a nie Polszy’”. Ta obłędna sofistyka była konsekwentna i zdradzała charakter tego totalitarnego systemu. Sowiecki punkt widzenia nie dopuszczał racji i praw innych niż sowieckie. Tym uzasadniano panowanie nad innymi, również krajami i społeczeństwami, podboje wszelkimi sposobami, terror i eksterminację. Na koniec śledczy poradził Pawłowi, by w celi wszystko sobie przemyślał.

Nieustanne śledztwa trwały przez rok, Świetlikowski miał podać tylko kontakty i nazwiska osób z konspiracji. Sowieci wiedzieli już, że był w bliskim kręgu Komendy AK w Wilnie. Ale w ich śledztwach nie zawsze chodziło o prawdziwe informacje, szło przede wszystkim o złamanie więźnia, o podporządkowanie go, by w dalszych śledztwach służył jako świadek oskarżenia; Paweł przekonał się o tym później w Workucie. Ale i przetrzymywany w Wilnie był nieraz bliski załamania. Wiedział o więźniach, którzy szukali ucieczki w samobójstwie. Nieustannie przepytywany i szantażowany, nieraz pobity do nieprzytomności, nie poddał się jednak, nie wydał nikogo, nie zdradził organizacji. W jego przypadku, jak w końcu przyznał sowiecki śledczy, chodziło także o zemstę: „wasze liudi ubili naszego lejtnanta. Wy otwieczajetie za etoje ubijstwo”. W szeregach wileńskiej konspiracji znalazł się człowiek, który najpierw działał na rzecz Niemców, a potem przeszedł na stronę sowiecką, został rozpoznany przez kolegów i zlikwidowany. Sowieci stracili wtedy ważne źródło w rozpracowywaniu kierownictwa podziemnej organizacji. Paweł ani nie miał z tym nic wspólnego, ani wtedy o tym nie wiedział. Ale by uzyskać pożądany efekt, można było stawiać przesłuchiwanemu dowolne zarzuty.

Kierunek Workuta

Gdy Paweł trafił do celi więzienia śledczego w Wilnie przy ulicy Ofiarnej, spotkał tam już sporą część dowództwa okręgu wileńskiego; było tam kilku ludzi z otoczenia „Wilka” Krzyżanowskiego, którzy zostali aresztowani w lipcu 1944 r. Przeszli podobne śledztwa, oczekiwali na wyroki. Niektórzy spotkali się po raz pierwszy w sowieckim więzieniu, bo działając w konspiracji, nie znali się. Paweł poznał w celi legendarnego „Konara”, Franciszka Koprowskiego, który wcześniej dokonał brawurowej ucieczki z niemieckiego więzienia. Zapewne z jego inicjatywy zaczęto przygotowywać podobną ucieczkę z sowieckiego. Postanowiono obruszyć kraty w oknach, wykuwając je stopniowo z betonu. Praca posuwała się powoli, trzeba było maskować wszelkie ślady. Niestety, więźniowie z innych cel, którzy wpadli na podobny pomysł, zostali nakryci. Wprowadzono stałe kontrole i choć nie wykryto śladów przygotowywanej ucieczki, wkrótce przeniesiono więźniów do więzienia Łukiskiego.

Po roku śledztwa odbył się sąd, będący zupełną parodią procesu sądowego, gdzie obrońcą z urzędu był funkcjonariusz NKWD. Całą grupę dowódczą wileńskiej AK, ponad 20 osób, skazano na sowieckie łagry; oficerowie dostali po 15 lat, niżsi rangą po 10. Po wyroku więźniów już nie izolowano, a stłoczono w takiej celi, że dni spędzali stojąc, a spali siedząc w rzędach. Mogli jedynie porozumiewać się z również skazanymi koleżankami łączniczkami, które władze więzienne wykorzystywały do wydawania posiłków. Nie trwało to długo. Spieszono się z wysyłaniem więźniów do łagrów, gdzie stale brakowało rąk do pracy. Pojechali wkrótce na daleką północ do gułagu Workuta. Po wojnie był to jeden z dwóch głównych, obok Kołymy, kierunków zesłań Polaków do łagrów na Dalekim Wschodzie. Chodziło o powstrzymanie wszelkiego oporu przeciw wprowadzaniu w Polsce systemu sowieckiego, o rozbicie Armii Krajowej i podobnych ugrupowań niepodległościowych, o eliminację przywódców i całej kadry oficerskiej. Jeśli w ogóle wracali stamtąd po latach, nie byli już groźni dla komunistycznej władzy.

Katorżnik U-728

Paweł Świetlikowski pojechał do Workuty w grupie wileńskich oficerów. Rozdzielono ich w tym wielkim kompleksie przemysłu górniczego, który składał się z dziesiątków łagrów. Jechali wagonami towarowymi. Zatrzymali się na stacji przesiadkowej w Kotłasie, w republice Komi, dokąd od początku wojny zsyłano polskie rodziny, by niewolniczo pracowały przy wyrębie lasów. Tam też dokonano selekcji – jedni pojechali do kopalń węgla kamiennego, inni do wyrębu lasów. Paweł trafił do łagru nr 6 gułagu Workut-Ugoł (tak zaszyfrowano adres łagru) i otrzymał numer U-728. Odtąd nie był już człowiekiem, lecz numerem w sowieckim systemie łagrowym, jednym z setek tysięcy. Miał tylko to szczęście, że nie pracował jako górnik, skierowano go do brygad budowlano-remontowych. Sieć kopalń była już bowiem rozwiniętym i skomplikowanym przemysłem.

Dla Polaków wojna nie skończyła się w 1945 roku

Praca w najsurowszych warunkach najdalszej Północy, gdzie wrogiem były nie tylko straże z psami i karabinami, ale i arktyczna zima trwająca trzy czwarte roku, była nieludzkim wysiłkiem na granicy życia i śmierci. Po 1945 r. było w rejonie Workuty ok. 20 kopalń węgla kamiennego. Skupione wokół nich łagry liczyły po dwa, trzy tysiące więźniów. Cały okręg liczył około 100 tys. mieszkańców, w większości łagierników. Praca w kopalniach na głębokości do 1000 m była nieludzko ciężka i niebezpieczna. Górnik miał wydobyć dziewięć ton węgla dziennie, by zarobić na wyżywienie, inaczej zmniejszano mu i tak nędzną rację. Prawie codziennie zdarzały się wypadki. Paweł widział kilka straszliwych, z których ludzie jeśli wyszli żywi, to okaleczeni na resztę życia. Nie zwalniano ich jednak, tylko przenoszono do łagrowych szpitali, tzw. sangorodków; inwalidzi stanowili dużą część łagrowych więźniów. Zmarłych, również w wyniku wypadków, w liczbie – jak obliczał Paweł – 200–300 miesięcznie, wywożono nocą w tundrę. Napisał we wspomnieniach, że „kondukt pogrzebowy stanowiły: ułożone na saniach nagie ciała zmarłych tego dnia więźniów, kilku więźniów w roli siły pociągowej oraz odpowiednio uzbrojeni i liczni konwojenci NKWD z psami. Mech i trochę nagarniętego śniegu załatwiało sprawę. Chowano nago, z przywiązaną do nogi deseczką, tzw. birką, i wypisanym na niej katorżniczym numerem. Nikt w łagrze nie interesował się miejscem, gdzie grzebano zmarłych. Każdy wierzył w przetrwanie i powrót do domu i bliskich. Na pastwę polarnych sępów i lisów wynoszono innych. Grzebano w nocy, aby nie straszyć innych i nie wytwarzać depresyjnej psychozy, co mogło wpłynąć na obniżenie produkcji”.

W tym stosunku do zmarłych, jak i do żywych, wyrażała się swoista sowiecka antropologia traktowania człowieka jako niewolniczego zwierzęcia produkcyjnego, które po wyeksploatowaniu zostaje porzucone. Pozostaje po nim tylko numer na owej deseczce przymocowanej do nogi zmarłego, która przetrwa jako symbol i trwała pieczęć sowieckiego systemu. Choć można było trupy po prostu zostawić w tundrze, z tego nie rezygnowano, by pozostawić dla przyszłości jako świadectwo znak trwalszy od życia ludzkiego. Paweł sarkastycznie dodaje, że po śmierci Stalina dał się zauważyć pewien postęp w obyczajach pogrzebowych, bo pozwolono zmarłych chować w bieliźnie. Władze obozowe ogłosiły to jako akt wielce humanitarny; miał się przyczynić do większej wydajności w pracy i produkcji.

Praca odbywała się w każdych warunkach, bez względu na największe nawet mrozy i zawieje śnieżne, zwane purgami, które trwały nieraz po kilka dni. Na dole w kopalniach było wszak dużo cieplej, podobnie jak w tłocznych i dusznych barakach, które mieściły do stu więźniów, gdzie w nocy można się było ogrzać. Podczas jednej z zamieci wyprowadzono z baraków konwój około dwustu ludzi, który nigdy nie dotarł do kopalni odległej o kilka kilometrów. Po kilku dniach znaleziono ich wszystkich zamarzniętych 200 m od bram kopalni. Mimo że w warunkach bezkresnej Północy ucieczki z łagrów były prawie niemożliwe, tereny obozów były ogrodzone drutami i strzeżone przez funkcjonariuszy z wieżyczek strażniczych. Do podchodzących do ogrodzenia strzelano bez ostrzeżenia, podobnie jak podczas marszu w kolumnie, z której nie można się było wychylić według hasła: „krok w bok, w lewo czy w prawo, strzelam!”. Kiedyś zdarzył się wypadek, który poruszył nawet zobojętniałych więźniów, bo rozeszła się pogłoska, że syn zabił ojca. Pełniąc służbę, strzelił do człowieka, który chciał zbliżyć się do drutów; zapewne wiedział, że to jego uwięziony ojciec. Sprawa nie była wcale wyjaśniana, według kategorii obozowych właściwie jej nie było. Tłumaczono sobie tylko, że być może ojciec chciał porozmawiać z synem, zapytać go, jak został funkcjonariuszem NKWD, ale syn strzelał zgodnie z instrukcją, bo gdyby nie strzelał, byłby zapewne takim łagiernikiem jak jego ojciec.

Więźniowie, poddani tak totalnej i morderczej władzy, nie stanowili jednej grupy, nie byli jednością. Powszechne było zjawisko donosicielstwa, tzw. stukaczy, którzy za swe usługi dostawali jakieś ulgi czy przywileje. Był to drugi, wewnętrzny, system informacji władz obozowych, który przyczyniał się do większych represji i kar, a też do utrzymywania strachu przed wszechwładnym systemem. Odpowiadało to także stanowi społeczeństwa, w którym donosicielstwo było powszechne. Trafiało się również w rodzinach, niejeden więzień znajdował się w łagrze z powodu jakiegoś rodzinnego donosu. Paweł miał się o tym przekonać osobiście po kilku latach pobytu w Workucie. W podobnych warunkach więźniowie mniej odporni, którzy utracili nadzieję na dalsze życie, często sami je sobie odbierali. Wystarczyło pozostać dłużej na mrozie, podejść za blisko do drutów strzeżonego ogrodzenia, nie wyjść z kopalni, gdzie w nieczynnych sztolniach zbierały się trujące gazy. W Workucie, podobnie jak w innych tego typu łagrach, skład więźniów był prawdziwie internacjonalistyczny. Paweł opisał tragiczny przypadek Łotysza Razmusa, który zwierzał mu się, że żyje tylko myślą i nadzieją powrotu do rodziny, do kochającej żony i dzieci. Żonę jednak stale nachodziło KGB z żądaniem, by wyrzekła się męża przestępcy, zdrajcy narodu. Zwierzała mu się w listach, że zmuszają ją do takiej deklaracji na piśmie. Mąż, widząc jak prześladują całą jego rodzinę, po jakimś czasie zgodził się, żeby podpisała taki papier, bo przecież nie ma to żadnego znaczenia dla ich przyszłego, wspólnego życia. Kiedy jednak dostał wiadomość, że żona postąpiła za jego radą, powiesił się.

Dla Polaków wojna nie skończyła się w 1945 roku

Desperackie ucieczki, które jednak się zdarzały, były też często rodzajem zamierzonego samobójstwa. Uciekinierzy musieli przecież liczyć się ze śmiercią na mroźnym bezludziu lub też w wyniku pogoni łagrowych służb. Za ucieczkę groziła oczywiście kara śmierci, przez rozstrzelanie – na pokaz i na postrach. Więźniowie, który w rozpaczy jednak się na nią decydowali, chcieli, jak tłumaczył Świetlikowski, przeżyć choć ten jeden moment wolności – porzucenia obozu i znalezienia się za drutami. Później mogli zginąć nawet w mroźnej zamieci, podczas której nawet pogoń z psami nie wyruszała z łagru. Często zanim rozstrzelano schwytanego uciekiniera, jeśli nie został zabity w czasie pogoni, rozbierano go do naga i rzucano w śnieg przed bramą łagru, by inni więźniowie zobaczyli, jak kończą się ucieczki. Nie udała się żadna z ucieczek, o jakich dowiedział się autor workuckich wspomnień. Jedną z ostatnich była próba dwóch młodych Polaków, Jeremiego Odyńskiego i Janka Preuznera, żołnierzy Szarych Szeregów. Zdecydowali się na ucieczkę po dziesięciu latach w łagrze, już po śmierci Stalina, mając może nadzieję na inne podejście do więźniów. Złapano ich i rozstrzelano w sierpniu 1953 r. Siostra Jeremiego, Natalia Odyńska, która była konspiracyjną łączniczką, przebywała w tym czasie w obozie Kirpiczny-2 (wiele podobnych Polek było w Workucie w obozach kobiecych) z wyrokiem 20 lat; odsiedziała 12.

Głośno było tylko o jednej, za to zbiorowej, ucieczce z obozu Strojka-2, kilkaset kilometrów od Workuty, w rejonie Selechard. Tam miały być lepsze warunki ucieczki, bo kilkadziesiąt kilometrów od obozu był las, w którym można było się schronić. Wywołano bunt w łagrze, rozbrojono strażników, zdobyto trochę broni. Grupa uciekinierów pod dowództwem oficera Armii Czerwonej opanowała kilka sąsiednich obozów, wyzwoliła tamtejszych więźniów. W ten sposób powstał duży i uzbrojony oddział, który mógł już próbować skutecznej ucieczki. Szybko zorganizowano jednak pogoń, która zaczęła tropić i osaczać uciekinierów. Nie kwapiła się jednak do walki, żeby nie mieć strat w ludziach. Rozpoczęło się regularne polowanie, atak na tyły rozciągniętej kolumny, z której wypadali najsłabsi, wycieńczeni więźniowie. Likwidowano po drodze wszystkich, po 70 km pogoni rozpoczął się regularny pogrom. Wystrzelano wszystkich co do jednego, nie ocalał żaden świadek. Na miejscu powstała zbiorowa mogiła anonimowych uciekinierów, pozbawionych zapewne i swych łagrowych numerów. Sprawę utajniono, żeby nie była zdrożnym przykładem i żeby nie podawać własnych strat. Były niewątpliwie, ale nigdy się nimi nie szczycono.

 

Ten artykuł oryginalnie ukazał sie w maju 2024 w miesięczniku WPIS.

https://e-wpis.pl/

 

Website | + posts

Comments

No comments yet. Why don’t you start the discussion?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *