Haniebna wystawa w warszawskim Muzeum Etnograficznym

Haniebna wystawa w warszawskim Muzeum Etnograficznym

Haniebna wystawa w warszawskim Muzeum Etnograficznym

Każą nam się rozliczać z „kolonialnej przeszłości”

Stefan Szolc-Rogoziński jako „kolonizator”, ani słowa o kpt. Tadeuszu Dębickim czy m. Marii Teresie Ledóchowskiej

Dr Monika Makowska

Nie brakuje w przestrzeni publicznej i internetowej ojkofobicznych, utrzymanych w skrajnie lewicowej narracji, ataków na Polskę i jej dziedzictwo. Można się o tym przekonać na co dzień, choćby scrollując media społecznościowe. Wiara katolicka i osadzony w niej polski etos narodowy coraz bardziej uwierają „nowoczesnych, wykształconych pro-Europejczyków”. Świadczy o tym wzrastający poziom hejtu i agresji wymierzonych w polskość oraz narracja o „zacofaniu” każdego, kto tym zjawiskom ośmieli się sprzeciwić.

Repertuar środków, którymi posługują się twórcy sowicie dotowanych „wydarzeń kulturalnych” rozmaitej maści, promujących pedagogikę wstydu wobec polskości, nie uznaje żadnych ograniczeń – nawet jeśli oznacza to powielanie kłamstw i tworzenie fałszywych narracji. Dowodzi tego otwarta 3 kwietnia br. w warszawskim Muzeum Etnograficznym (aż przykro o tym pisać, biorąc pod uwagę wspaniałe tradycje tej zacnej niegdyś placówki) wystawa czasowa zatytułowana „Wybielanie”. Według jej twórców ma ona na celu „obalenie mitu kolonialnej niewinności Polski”, jak też „rozliczenie jej kolonialnej przeszłości”, choć, jak sami przyznają, Polska „zamorskich kolonii” nigdy nie posiadała.

Już samo sformułowanie „kolonialna przeszłość Polski” brzmi niedorzecznie, a jest jeszcze bardziej niedorzeczne to, że odnosi się ono do 2. połowy XIX w., kiedy, jak wiadomo, zniewolonej przez trzy zaborcze imperia Rzeczypospolitej nie było na mapie Europy. Skąd zatem wzięła się owa „kolonialna przeszłość”? Otóż według kuratorów wystawy „była [ona] związana z niepewną pozycją [Polski] w hierarchii społeczeństw kontynentu”, a Polacy jako „niedostatecznie Biali [!], poddawani procesom podporządkowania i kolonizacji przez sąsiednie imperia (…), naśladowali imperialne wzory i praktyki [po to], żeby potwierdzić swoją przynależność do cywilizacji białego człowieka”.

Ofiarą tej pokrętnej i oszczerczej narracji pada jako pierwszy Stefan Szolc-Rogoziński, pionier badań nad Afryką równikową, dowódca i organizator polskiej wyprawy do Kamerunu z lat 1882–1885. Ten „polski Indiana Jones” doczekał się co prawda ciekawie napisanej, beletryzowanej biografii (pióra Macieja Klósaka i Daniela Skoneczki) i kilku interesujących prac naukowych, jednak mimo to pozostaje w Polsce postacią znaną, niestety, jedynie etnografom, historykom i pasjonatom tematu.

Zapewne korzystając z tego, autorzy wystawy zarzucają mu zamiary „założenia polskiej kolonii w centralnej Afryce”, dołączając do tego oskarżenie o „brak dostrzeżenia analogii między losami społeczności w kolonizowanej Afryce a losem społeczeństwa podzielonej pomiędzy zaborców Polski”.

Aby rozprawić się z tymi krzywdzącymi pamięć polskiego podróżnika sformułowaniami, przypomnijmy, kim był i jak wyglądały dzieje jego pionierskiej wyprawy.

Stefan Szolc-Rogoziński – syn Polki i niemieckiego przemysłowca, właściciela dobrze prosperującej fabryki, urodził się 14 kwietnia 1861 r. w Kaliszu na terenie podlegającego carskiej władzy Królestwa Kongresowego. Polak i katolik z wyboru, jeszcze jako uczeń niemieckiego gimnazjum we Wrocławiu przeżył fascynację dokonaniami włosko-francuskiego podróżnika Pierre’a de Brazzy i sam zaczął marzyć o afrykańskich podróżach. Pragnienie to dzielił z nim jego serdeczny przyjaciel Klemens Tomczak.

Co więcej, obaj chcieli, żeby była to wyprawa pod polską banderą, co w rzeczywistości zaborów wydawało się skrajnie nierealne. Młodziutki Stefan jedyną szansę na realizację śmiałego planu widział w uzyskaniu odpowiedniego wykształcenia i doświadczenia żeglarskiego. Podjął zatem – wbrew woli ojca – studia w prestiżowej wówczas carskiej Akademii Marynarki Wojennej w Kronsztadzie, szlifując ponadto umiejętności nawigacyjne pod kierunkiem rosyjskiego astronoma Zybina.

Stefan wkręcił się także do Cesarsko-Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, w którego działalności widział sporą szansę. Imperium Rosyjskie, zazdrosne o panowanie Wielkiej Brytanii na morzach, a także o sławę brytyjskich podróżników eksplorujących Afrykę, planowało bowiem organizację wypraw afrykańskich. O tym, że Rosji chodziło wówczas głównie o odebranie Anglii wpływów na Czarnym Lądzie przy użyciu najbardziej brutalnych metod, młody człowiek nie mógł wówczas wiedzieć. Jeśli chodzi o zgłębianie tajników trudnej sztuki żeglugi, Stefan okazał się wybitnie utalentowanym adeptem. Akademię ukończył w półtora roku, gdy kursy trwały co najmniej trzy lata, a na egzaminie – na 136 zdających – uzyskał dziewiątą lokatę, otrzymując oficerski stopień miczmana (odpowiednik dzisiejszego porucznika w wojskach lądowych).

Jeszcze tego samego 1880 roku został przydzielony do załogi opancerzonej fregaty „Gienerał–Admirał”, z którą odbył rejs dookoła Afryki, do Indii i Władywostoku. Zwiedził wtedy Algier i Maroko oraz zobaczył wybrzeża zachodniej Afryki, które miały stać się później celem jego pionierskiej podróży.

Na pozostającej pod protektoratem francuskim wyspie Reunion doszło do poruszającego spotkania z powstańcami styczniowymi. Jednak najważniejsze dla młodego marynarza wydarzenia nastąpiły podczas atlantyckiego sztormu, kiedy „Gienerał-Admirał” utracił maszty i ster. Kapitan zmuszony był wtedy zawinąć do najbliższego portu – do francuskiego Brestu. Uszkodzenia były poważne, toteż rosyjska jednostka pozostała w porcie przez dłuższy czas, zaś marynarzom udzielono urlopu. Obrotny Stefan wykorzystał go na zwiedzanie Europy i zawarcie nowych znajomości, które miały mu ułatwić realizację afrykańskiej ekspedycji. W Paryżu został przyjęty do Towarzystwa Geograficznego, zaś w Neapolu poznał sławnego już wówczas podróżnika i badacza obszarów dzisiejszej Erytrei i Etiopii Gustavo Bianchiego, jak też specjalistę w dziedzinie fizjologii – prof. Giovanniego Battistę Licatę, także znanego już obieżyświata.

Obu Włochom spodobał się ambitny zamysł Polaka, tym bardziej że cel wyprawy – odnalezienie domniemanych jezior i rzeki Liba na terenie Kamerunu mogłoby doprowadzić do odnalezienia połączenia z dorzeczem potężnej rzeki Kongo, a to dla naukowców było wyjątkowo kuszące. W Neapolu powstał nawet plan przyszłej podróży. Ostatecznie Włosi nie wzięli udziału w wyprawie Szolca-Rogozińskiego, spalił też na panewce pomysł pozyskania od belgijskiego króla Leopolda niezbędnego dla wyprawy okrętu. To akurat wyszło Stefanowi na dobre, gdyż nie mógł on sobie wówczas zdawać sprawy z niesłychanego cynizmu politycznego oraz niepohamowanej żądzy zysków władcy Belgów, który za kilka lat stał się krwawym zbrodniarzem, odpowiedzialnym za śmierć co najmniej kilku milionów czarnoskórych mieszkańców jego prywatnej kolonii – Konga.

Stefan nie zrezygnował jednak ze swych ambitnych planów. Zainteresował nimi redaktora naczelnego warszawskiego „Wędrowca”, Filipa Sulimierskiego, który w jednym z wrześniowych numerów w 1881 r. opublikował artykuł Szolca-Rogozińskiego o zamiarach wyruszenia do „kameruńskiej zatoki i postawienia w górach tegoż imienia stacji geograficznej” jako bazy wypadowej dla wypraw na wschód Kamerunu. Plany młodego marynarza spotkały się z wielkim zainteresowaniem i entuzjazmem. Kilkanaście osób zgłosiło gotowość towarzyszenia mu w wyprawie, w tym Klemens Tomczak i Leopold Janikowski, których Stefan wybrał do zespołu. Gorąco popierali projekt znani pisarze Bolesław Prus i Henryk Sienkiewicz, który planował nawet dołączyć do wyprawy, czemu stanął na przeszkodzie stan zdrowia żony Marii.

Sprawa pierwszej polskiej ekspedycji afrykańskiej zyskała wielki prasowy rozgłos. Sienkiewicz i Prus publikowali całe serie wspierających ją felietonów, tocząc namiętne polemiki z ostro krytykującym Szolca-Rogozińskiego Aleksandrem Świętochowskim. Gorzej było z pozyskaniem funduszy. Na wsparcie Rosji nie było co liczyć, bowiem nasz bohater postanowił popłynąć pod polską banderą. Ostatecznie głównymi fundatorami wyprawy zostali książę Konstanty Branicki oraz zapalony podróżnik i naukowiec hrabia Benedykt Tyszkiewicz; środki przekazał także Sienkiewicz.

Szolc-Rogoziński wraz z Leopoldem Janikowskim, Klemensem Tomczakiem i pozostałymi uczestnikami wyjechał do Francji, gdzie w Hawrze zakupił wysłużony trójmasztowy żaglowiec (lugier), który do tej pory służył do łowienia atlantyckich śledzi. Nadał mu imię „Łucja-Małgorzata”. Dostosowany do żeglugi po tropikalnych wodach Atlantyku, miał się on stać żaglowcem pionierskiej wyprawy polskiej do Afryki, choć załoga skompletowana przez Szolca-Rogozińskiego składała się z Francuzów. Na maszcie „Łucji-Małgorzaty” powiewała bandera Polski z warszawską Syreną.

13 grudnia 1882 r. żaglowiec wyszedł w morze z portu w Hawrze. „Polski Indiana Jones” wykazał się w czasie rejsu nie tylko odwagą i wysokiej klasy umiejętnościami żeglarskimi, które podziwiali brytyjscy i francuscy marynarze, ale również talentem literackim, przedstawiając, już po powrocie na ziemie polskie, dzieje tej żeglugi. Jego opisy walki z potężnym sztormem w Zatoce Biskajskiej, urody tropikalnych wód Atlantyku, tańca delfinów wokół burt „Łucji-Małgorzaty” czy polowania na potężnego „morskiego rozbójnika”, czyli rekina, dorównują siłą ekspresji literaturze marynistycznej światowej klasy.

Szlak wyprawy wiódł przez Maderę, gdzie załoga została gościnnie przyjęta przez hrabiego Benedykta Tyszkiewicza, następnie przez Wyspy Kanaryjskie (skąd pochodzą barwne opisy karnawału w Santa Cruz), aż w końcu „Łucja-Małgorzata” obrała kurs na równik. Po raz pierwszy Szolc-Rogoziński i jego załoga postawili stopę na afrykańskiej ziemi w Monrovii – stolicy niepodległej Liberii, państwa utworzonego przez Stany Zjednoczone dla wyzwolonych niewolników pochodzenia afrykańskiego.

Polski podróżnik okazał się bystrym obserwatorem; obok opisów pięknych postaci mężczyzn i kobiet z plemienia Krumanów (Kru), o których wyrażał się jak najlepiej z racji ich zapobiegliwości i pracowitości, zauważył także tzw. kolorowych dżentelmenów i ladies. Byli to ciemnoskórzy obywatele Liberii, którzy bezkrytycznie naśladując „białych”, zatracili swoją tożsamość. Za taki stan rzeczy, jak podaje Szolc-Rogoziński, odpowiadali angielscy misjonarze reprezentujący sekty, które odpadły od Kościoła anglikańskiego. Wmówili oni ciemnoskórym, że „mają takie same prawa jak biali”, nic jednak nie wspominając im o obowiązkach, ani też nie ucząc ich czytać, pisać, czy też pracować. Doprowadziło to do skrajnych wynaturzeń i wykształcenia silnie roszczeniowych postaw, a w rezultacie do pomiatania współplemieńcami. Sytuacje, w których „kolorowi dżentelmeni” bili słabszych i niżej stojących w hierarchii rodaków lub w arogancki sposób zaczepiali białych, aby doprowadzić do wymuszenia „odszkodowania za pobicie Murzyna”, nie należały do rzadkości. Szolc-Rogoziński uważał wykształcenie takich postaw za wielką krzywdę wyrządzoną Afrykańczykom.

Po odwiedzeniu Liberii załoga „Łucji-Małgorzaty” udała się w dalszą drogę. W królestwie Assini (tereny dzisiejszego Wybrzeża Kości Słoniowej i Ghany) podróżnicy zostali gościnnie przyjęci przez sędziwego króla Amatifu. Zachwycony podarkami monarcha urządził na cześć białych gości przyjęcie, w trakcie którego szczególne wrażenie wywarł na Polakach egzotyczny dla Europejczyka taniec, który wykonały żony króla. Nie zabrakło przygody z dreszczykiem podczas polowania na olbrzymiego węża boa, którego ostatecznie położył strzałem francuski kapitan „Łucji-Małgorzaty”.

W końcu wyprawa dotarła do wyspy Fernando-Poo (dziś Bioko), którą od wybrzeża Kamerunu oddzielała jedynie wąska cieśnina, słynna ze zdradliwych fal. Odważni podróżnicy pokonali ją w szalupie, schodząc na ląd w angielskiej osadzie Victoria nad zatoką Ambas. Następnego dnia doszli do porozumienia z kameruńskim wodzem Akemą, który według świadectwa Szolca-Rogozińskiego ucieszył się z zamiarów osiedlenia się białych podróżników na podległym mu terenie. W zamian za ziemię na wyspie Mondoleh wódz i jego ludzie otrzymali podarki, m.in. tkaniny, broń wraz z amunicją, odzież, kosmetyki i gin. Po dobiciu targu polska flaga załopotała nad afrykańską ziemią. Docelowo miało dojść tam do rozbudowy stacji i uczynienia z niej miejsca pobytu Polaków prześladowanych przez władze carskie i pruskie. Właśnie to miał na myśli Leopold Janikowski, pisząc o „polskiej kolonii”.

Polakom udało się wzbudzić spore zaufanie wśród krajowców. Nigdy też nie doszło do żadnego oszustwa ani nadużycia podczas wynagradzania za prace przy budowie stacji, wykonywane przez poddanych wodza Akemy. On zaś sam i jego dwór uważali Polaków za kogoś w rodzaju arbitrów, do których udawali się członkowie plemienia, by rozstrzygać spory czy uzyskać pomoc w rozwiązywaniu problemów. Co więcej, Stefan Szolc-Rogoziński zapoznawał krajowców z historią Polski i z polskimi bohaterami. O tym, jak skuteczny był w edukowaniu wodza Akemy i jego poddanych, świadczą toasty wznoszone przez tego ostatniego „na cześć króla Sobieskiego” podczas wieczoru upamiętniającego Odsiecz Wiedeńską.

Dzięki pomocy mieszkańców Kamerunu możliwe stały się także ekspedycje w głąb afrykańskiego lądu. Najsłynniejszą była wyprawa w górę rzeki Mungo, podczas której polscy podróżnicy – jako pierwsi biali ludzie – dotarli do jeziora w powulkanicznym kraterze Balombi-ba Kotta. Udało im się nawet dopłynąć wówczas do wysepki na środku owego krateru. Nie obyło się bez niebezpiecznych przygód. Kiedy na podróżników ruszyło stado spłoszonych słoni, uratował ich spryt jednego z ciemnoskórych przewodników.

Najważniejszym naukowym osiągnięciem tych wypraw było odkrycie jeziora Barombi Mbu, do którego dotarł Klemens Tomczak wraz z grupą tragarzy; ranny w nogę Szolc-Rogoziński musiał wtedy pozostać w wiosce pod opieką miejscowej ludności. Po powrocie Klemensa doszło do sporu pomiędzy miejscowymi plemionami, który jednak udało się Polakom zażegnać. Rannego podczas starcia młodego wojownika opatrzył Tomczak; okazało się, że udzielił pomocy afrykańskiemu księciu – synowi wodza jednego z plemion. Fakt ten spowodował natychmiast przyjęcie Polaków do plemienia jego ojca.

Z czasem kameruńskie plemiona rozpoczęły swoistą rywalizację o względy polskich uczonych, a Szolc-Rogoziński, przekonawszy się, że uzyskał zaufanie krajowców, rozpoczął przygotowania do utworzenia katolickich misji, w których zgodnie z jego koncepcją mieliby ewangelizować nie tylko francuscy, ale i polscy misjonarze. Odbył nawet w tym celu rozmowy z francuskimi misjonarzami katolickimi działającymi w sąsiednim Gabonie; wspomina o tym nie tylko Leopold Janikowski, ale także… kameruński uczony Tambi Eyongetah.

Niestety wówczas doszło do nieszczęścia, bowiem Kamerunem zainteresował się żelazny kanclerz Niemiec Otto von Bismarck. Stefan Szolc-Rogoziński, zdając sobie sprawę z okrucieństw, do jakich zdolni są Niemcy, postanowił ochronić Kameruńczyków przed brutalnością tych, „których uściski poznajemy codziennie w Europie”. Nie było na to niestety innego sposobu, jak tylko oddanie ziem Kamerunu pod protektorat brytyjski. Polak porozumiał się w tej sprawie z konsulem Haroldem White’em, ten zaś z lokalnymi wodzami, którzy zgodzili się na przyjęcie brytyjskiego zwierzchnictwa. Kultura osobista konsula gwarantowała przynajmniej do pewnego stopnia względną życzliwość wobec krajowców, choć jak wiadomo, Brytyjczycy mieli w swoich koloniach niejedno na sumieniu.

Naszemu rodakowi udało się zatem – przynajmniej na pewien czas – pokrzyżować imperialne plany Bismarcka, ale też wywołać prawdziwą wściekłość u niemieckiego kanclerza, który piorunował podczas przemówienia w Reichstagu: „Gdyby nie Polacy, cały Kamerun byłby w naszych rękach!”. Konsekwencją był rozkaz aresztowania Szolca-Rogozińskiego i jego kolegów. Na kameruńskie wybrzeże zawinęła wówczas niemiecka korweta. Pojmano Janikowskiego, którego wzięto za Stefana, i dopiero interwencja kapitanów brytyjskich kanonierek doprowadziła do uwolnienia Polaka.

Dalszy pobyt naszych rodaków na kameruńskiej ziemi stał się jednak zbyt niebezpieczny. Musieli podjąć bolesną decyzję o odpłynięciu do Europy na pokładzie brytyjskiej jednostki. Kameruńczycy żegnali ich z wielkim żalem, mówiąc: „i kto teraz będzie nas bronił”… Pamięć o polskim podróżniku i o Polakach w Kamerunie pozostaje do dziś jak najlepsza, o czym przekonali się autorzy wspominanej biografii Szolca-Rogozińskiego, kiedy podczas podróży jego śladami usłyszeli od rodowitego Kameruńczyka: „wy Polacy nigdy nie mieliście łatwo, [bo] najpierw ponad 100 lat zaborów, a potem Rosjanie”. Okazało się, że wiedział o tym od swojego pierwszego nauczyciela, misjonarza z Krakowa. O tym jednak z wystawy „Wybielanie” na pewno się nie dowiemy.

Haniebna wystawa w warszawskim Muzeum Etnograficznym

Nie dowiemy się także i tego, że Anglicy oddali niestety w końcu Niemcom tereny Kamerunu, które obiecali chronić. Na warszawskiej wystawie nie ma też mowy o tragicznych skutkach niemieckiej polityki w Afryce. Podobnie nie ma ani słowa o tym, że na długo przed wybuchem nie tylko drugiej, ale nawet i pierwszej wojny światowej na terenie niemieckich kolonii w Afryce Południowo-Zachodniej Niemcy dokonali pierwszego w XX w. ludobójstwa na plemionach Herero i Nama. Tłumiąc ich powstanie przeciwko okrucieństwom przybyszy z Europy, niemieccy żołnierze stworzyli poligon testowania ludobójczych metod. Argumentacja użycia tych metod wówczas niebezpiecznie przypomina niemieckie uzasadnienia wobec eksterminacji Polaków dokonywanej przez nich w latach 1939–1945. 

Przeczytajmy choćby zapiski kpt. Maximiliana Bayera: „Prawa natury stworzone przez naszego Pana są takie, że tylko silny ma prawo trwać na tym świecie, a słabi i bezsilni przepadną na korzyść silnych. Nadejdzie chwila, w której przepadną Hotentoci [Nama], nie będzie to żadna strata dla ludzkości…”. Czym różni się to od pamiętnego rozkazu Führera o spacyfikowaniu walczącej Warszawy: „Każdego mieszkańca należy zabić, żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią, aby była przestrogą dla reszty Europy”? Kto zatem powinien się wstydzić, przepraszać za przeszłość i dokonać zadośćuczynienia?

Nie uświadczymy na warszawskiej wystawie także żadnej informacji o kpt. Tadeuszu Dębickim – wspaniałym Polaku, który miał odwagę opisać widziane naocznie belgijskie okrucieństwa wobec ciemnoskórych mieszkańców Konga – zmuszanie ich do niewolniczej pracy, bicie, odmawianie wody i pożywienia to tylko nieliczne przykłady znęcania się nad ofiarami. Kiedy polski marynarz chciał im udzielać pomocy (np. opatrzyć rany czy dać drobne podarunki), musiał to robić bardzo dyskretnie, by nie narażać ich na dodatkowe represje. Książka Dębickiego „Moendi Nzadi. U wrót Konga”, opisująca okrucieństwa Belgów wobec ciemnoskórej ludności, wywołała w Europie prawdziwy skandal.

Z prezentowanej wystawy nie dowiemy się także niczego o wspaniałych polskich misjonarzach, np. o nazywanej „Matką Afryki” bł. Marii Teresie Ledóchowskiej. Nie ma tam też możliwości zapoznania się z historią afrykańskiego księdza Daniela Pharima Dena z plemienia Dinka, który przybył do Krakowa w 1890 r. i był tam przez polskich książąt i hrabiów przyjmowany jak najzacniejszy gość. On też, zachwycony polskim etosem łączącym wiarę katolicką z patriotyzmem, mówił, że takiego przykładu potrzeba jego afrykańskim rodakom. Dodawał: „a wam Polakom Bóg będzie błogosławił i odzyskacie wolność”.

Zaprezentowane tu postacie celowo zostały przemilczane na omawianej warszawskiej wystawie, gdyż w żaden sposób nie pasują do koncepcji „kolonialnej przeszłości Polski” oraz obnażają kłamliwą argumentację o konieczności naszego „rozliczenia się”.

I wreszcie – crème de la crème.

Głównym eksponatem – których ogólnie jest na tej wystawie niewiele gdyż dużo ważniejsze są bowiem opisy z odpowiednią tezą – jest zaraz po wejściu na teren ekspozycji… wielkie zdjęcie migranta, który, jak głosi podpis: „wielokrotnie doświadczał nielegalnych push-backów na granicy polsko-białoruskiej”.

Pamiętamy wszyscy przerażające obrazy z tej granicy, kiedy napierał na nią tłum skrajnie agresywnych młodych osiłków, w niczym nie przypominających „biednych, potrzebujących pomocy migrantów”. Pamiętamy też tragiczną śmierć 21-letniego polskiego żołnierza, sierż. Mateusza Sitka, który został zamordowany przez agresywnego migranta.

Biorąc pod uwagę hejt przypuszczony na polskich żołnierzy i polską straż graniczną broniących Rzeczypospolitej przed agresywnymi przybyszami przepychanymi przez białoruski reżim, zdjęcie migranta jako ofiary – co sugerują dodatkowo etiopskie krzyże nałożone jako tło, ma wymowę jednoznaczną. Wystawa, wzbudzając w Polakach poczucie winy za coś, czego nie popełnili, wydaje się powielać narrację o konieczności wdrożenia przez Polskę tzw. paktu migracyjnego. Znamienne, że w narracji tej celują Niemcy.

Rzeczpospolita w swojej historii nigdy nie odmawiała pomocy nikomu, kto jej potrzebował, jednak przyjmowanie setek tysięcy kompletnie obcych kulturowo migrantów, prezentujących dodatkowo skrajnie roszczeniowe postawy, to śmiertelne niebezpieczeństwo zarówno dla polskich obywateli, jak i dla polskiej tożsamości.

 

Ten tekst został oryginalnie opublikowany w wydaniu z lipca 2025 miesięcznika Wpis https://bialykruk.pl/wpis

Website |  + posts

Comments

No comments yet. Why don’t you start the discussion?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *