Deficyt ducha i idei
Czekanie na herosa
Leszek Sosnowski
Chcę zwyciężyć, a bez walki, i to walki na ostre, jestem nie zapaśnikiem nawet, ale wprost bydlęciem, okładanym kijem czy nahajką. Nie rozpacz, nie poświęcenie mną kieruje, a chęć zwyciężenia i przygotowania zwycięstwa.
Józef Piłsudski
Ten dzień miał stać się dniem upokorzenia Heraklesa. Stanął wczoraj w progach posiadłości króla Elidy Augiasza, człowieka bardzo bogatego dzięki dysponowaniu niezliczonymi trzodami bydła i stadami koni. Jednakże stajnie jego nie były uprzątane od 30 lat, a zadanie, jakie Herakles otrzymał od bogów, wyznaczało zaledwie jeden dzień na oczyszczenie pomieszczeń. Dziesiątki ton gnoju – jakże to uprzątnąć między wschodem a zachodem słońca? Heros jednakże nie tylko dysponował wielką siłą, ale i był wielce zmyślny. Zburzył w dwóch miejscach mury stajni i przepuścił przez nią dwie płynące obok rzeki, których nurt oczyścił w jeden dzień i stajnie, i przyległe pastwiska.
1.
Mnóstwo osób nie mogło oprzeć się refleksji po ostatnich wyborach, że mamy do czynienia oczywiście ze zwycięstwem, ale jednak pyrrusowym. Nikt nie chciał o tym od razu mówić głośno, aby nie osłabiać nadziei, jaka wstąpiła w serca Polaków po sukcesie Karola Nawrockiego. Żeby jednak ten sukces owocował w przyszłości, trzeba po chwilach radości patrzeć i oceniać rzeczywistość taką, jaka ona faktycznie jest, a nie taką, jaką usiłują nam zaprezentować różni politycy oraz związane z nimi media.
Cóż mam poradzić na to, że choć nie czuję się przegrany, to jednak moje zadowolenie jest jakoś ograniczone? Nie mogę bowiem pozbyć się myśli, skąd, jak i dlaczego taki człowiek, który staje na czele parad genderowo-satanistycznych, człowiek motywowany ewidentnie przez masońsko-globalistyczne siły reprezentowane np. przez grupę Bilderberg, której jest członkiem – dlaczego człowiek taki zyskuje w naszym chrześcijańskim kraju prawie połowę głosów! Ponad 10 milionów. To przyćmiewa moją radość, to budzi też niepokój i oczywiście przywołuje w pamięci historyczne wydarzenie związane z poczynaniami króla Epiru (310–272 r. przed Chr.), wybitnego dowódcy Pyrrusa. Walczył on w południowej Italii z Rzymianami, odnosząc sukcesy, jednak było pewne „ale”.
Sukcesy trzeba bowiem pożytkować, trzeba w nie inwestować, a jest to możliwe tylko wtedy, gdy ma się określony plan strategiczny. Pyrrus nie miał jednak wyraźnie nakreślonego dalekosiężnego celu, a byłoby nim wówczas podporządkowanie sobie Rzymian albo przynajmniej zepchnięcie ich trwale na północ, odsunięcie od Grecji na tyle daleko, aby zapomnieli o ekspansji na jej tereny.
Pyrrus zręcznie dowodził np. bitwą pod Herakleą i zwyciężył tam, choć dysponował mniejszymi siłami. Ale nie poszedł za ciosem, mimo że Rzymianie nie tylko uszli z pola walki, ale ponieśli duże straty. Podobnie było rok później (279 r. przed Chr.) pod Ausculum. Po dwudniowych zmaganiach Rzymianie znów musieli uciekać daleko z pola bitwy. Zjednoczone wojska Pyrrusa co prawda zostały osłabione, ale straty przeciwnika były niemal dwukrotnie większe – helleński wódz nie chciał jednak tego wykorzystać. Nie miał tego bowiem w dalekosiężnych planach i dlatego nie zdobył się na jeszcze jeden wysiłek, na zadanie ostatecznego ciosu. Stąd powstało używane do dziś określenie „pyrrusowe zwycięstwo”, oznaczające nie tylko zwycięstwo poniesione przy dużych stratach własnych, ale także takie, w którym straty zadane przeciwnikowi nie są właśnie wykorzystane strategicznie.
Pyrrus nie odniósł de facto żadnych korzyści na dłuższą metę. Dopóki żył, Rzymianie z obawy przed jego umiejętnościami wojskowymi i, jak byśmy dziś powiedzieli, charyzmą nie atakowali posiadłości greckich na południu Półwyspu Apenińskiego; jednak po jego śmierci szybko się z przeciwnikiem rozprawili, co otworzyło im w konsekwencji drogę do opanowania całej Grecji. Gdy ich celem strategicznym była trwała ekspansja, celem Pyrrusa stało się wygranie poszczególnych bitew, umocnienie się lokalne i krótkie w czasie. Pyrrus był bez wątpienia wielkim wodzem starożytności; niektórzy uznają go za największego taktyka w dziejach helleńskiej wojskowości. Taktyka to jednak nie to samo co strategia.
Ta pierwsza jest niższym poziomem sztuki wojennej, oznacza umiejętność zwyciężania w konkretnych warunkach, w ograniczonym miejscu i czasie; stosując zręczną taktykę, można wygrać nawet wielką bitwę, i to czasami mniejszymi siłami, ale nie – całą wojnę. Co innego strategia, najwyższa forma sztuki operacyjnej uwzględniająca cele dalekosiężne, rozłożone w czasie i przestrzeni; dobra strategia oznacza trwałe zdobycze i trwałe ich umocnienie. Przy czym wcale nie chodzi tylko o zdobycze terytorialne.
Nie od teraz jestem zdania, że przewodząca obozowi patriotycznemu partia, czyli PiS, do dziś nie posiada obliczonej na lata strategii w odniesieniu do całego kraju i wszystkich dziedzin życia. Niektóre bardzo istotne dla kształtowania się narodu dziedziny odpuściła w ogóle, w tym oświatę, kulturę i media. Mimo posiadania pełni władzy – także nad tymi dziedzinami.
Owszem, były podejmowane próby ustalenia obejmującej życie całego kraju strategii; największa podczas słynnej, zorganizowanej z rozmachem Konwencji Programowej na początku lipca 2015 r. w Katowicach. Choć padło tam wiele frazesów, zwłaszcza ze strony polityków, to zarazem przedstawiono setki konkretnych, bardzo kreatywnych pomysłów i propozycji, zwłaszcza poza posiedzeniami plenarnymi. Niestety, nic z nich nie pozostało. Szybko uleciały gdzieś bez śladu; nie powstał żaden zbiorczy, podsumowujący materiał, który mógłby być świetnym zaczynem dobrej zmiany nie tylko na szachownicy ważnych i intratnych stanowisk, ale także w przeprowadzaniu zmian dogłębnych, obejmujących wielką rzeszę obywateli, a więc zmian trwałych. To byłby dokument strategiczny.
Odpowiedzialny za tę sprawnie zorganizowaną konferencję był prof. Piotr Gliński i pytałem go wówczas, czy ktoś przygotowuje jakieś materiały dokumentujące dorobek i zaangażowanie występujących w Katowicach patriotycznie nastawionych ekspertów, oferowałem pomoc wydawniczą, ale spotkałem się z odmową. „Damy radę, panie Leszku, oczywiście, że powstanie materiał po konferencji, najdalej za dwa, trzy miesiące będzie gotowy”, usłyszałem od Glińskiego. No cóż, nie tylko on okazał się specjalistą od rzucania słów na wiatr… Z wielkiej imprezy miał pozostać tylko obrazek propagandowy, który też szybko się ulotnił.
Gdyby trzeba było realizować ambitne i dalekosiężne postulaty z Katowic, okazałoby się, że wielu polityków w ogóle się do tego nie nadaje, innym zaś przeszkadzałby ogrom pracy, jaki po konferencji, po tym swoistym podsumowaniu stanu całego państwa, jawił się w całej okazałości. Wtedy był to ogrom pracy, a dziś… Dziś trzeba góry przestawiać. Ale są tacy, co i to potrafią. Może będzie kimś takim Karol Nawrocki, daj Boże, bo w kierownictwo popierającej go partii już nie wierzę. Okazuje się ono specjalistą od lamentu, a nie od prawdziwej walki, Prezes zaś zdolny jest tylko do taktycznych zagrywek międzypartyjnych i wewnątrzpartyjnych, upatrując w tym zadania polityki. Na dodatek wmówił całemu swemu otoczeniu, że tak właśnie ma być, że inaczej być nie może. Strategii jednak nie stworzy i na dodatek nie pozwolił na wspólne jej opracowanie. Dlatego dziś np. Konfederacja twierdzi, że PiS nie jest żadną partią prawicową.
2.
Te parę głosów przewagi w Sejmie nigdy nie stanowiło żadnej gwarancji utrzymania konserwatywnego, narodowego kierunku polityki tak gospodarczej, zagranicznej, jak i społecznej. Po zwycięstwie parlamentarnym w 2015 r., jak wiemy dość szczęśliwym, kierunek w polityce kulturalnej pozostał niestety ten sam, co był – zlewaczały, w niektórych dziedzinach, jak teatr czy film, po prostu obłąkany genderowo. Partia niby prawicowa nie zdobyła się nawet na to, żeby w stulecie wielkiego triumfu narodu polskiego nad komunistami, w stulecie Bitwy Warszawskiej, postawić jakiś wspaniały pomnik bohaterom tamtych walk. Co im nie pasowało w takim pomniku?!
A przecież pomysły i projekty były, jak np. świetny projekt Jana Pietrzaka. W całym obozie patriotycznym było gorące pragnienie wielkiego, wspaniałego upamiętnienia Cudu nad Wisłą. Taktycy z Nowogrodzkiej mieli jednak to pragnienie za nic. Ile osób z tego i podobnych powodów zniechęciło się do Zjednoczonej Prawicy? Tego się nie oblicza, bo wówczas trzeba by analizować własne błędy, w tym błędy wodza…
W polityce oświatowej, jak wiadomo, dopiero ostatnie dwa lata sprawowania rządów przyniosły jakieś propolskie zmiany dzięki prof. Przemysławowi Czarnkowi, ale było to już za późno. Blisko dwa miliony adeptów liceów i techników opuszczało szkoły za rządów PiS-u z bagażem wiedzy ukształtowanej przez kosmopolitycznych albo zgoła antypolskich programistów oświatowych. Taktyczne gierki partyjne stosowane na Nowogrodzkiej nie zapobiegały zatruwaniu umysłów młodych Polaków.
Prawica, zresztą nie tylko w Polsce, traktowała oświatę dotychczas odwrotnie proporcjonalnie do tego, jak czyniła to lewica, która do kształcenia młodzieży przywiązywała od zawsze olbrzymią wagę.
III RP pozbyła się bez mrugnięcia okiem największego wydawcy edukacyjnego, Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych. Samo prywatyzowanie tego bardzo intratnego przedsiębiorstwa i przekazanie go w zupełnie obce, zagraniczne ręce (2010 r.) było przestępstwem wobec polskiego narodu, z którego nikogo nie rozliczono. Mało tego, za rządów prawicowych nawet nie pomyślano o odzyskaniu wiodącego producenta podręczników szkolnych; przechodził on z rąk do rąk, frymarczono nim między różnymi, zupełnie nam obcymi funduszami inwestycyjnymi. Od ubiegłego roku WSiP jest własnością holenderskiego konsorcjum Infinitas Learning, specjalisty od wielopłciowości, multi-kulti i bezbożności. Tak więc podobnie jak w przypadku tylu innych prywatyzacji, również i tym razem skorzystali spadkobiercy bolszewików. Tak było nie tylko w przypadku WSiP.
Drugi, dziś jeszcze większy producent podręczników, Nowa Era, kiedyś prywatna firma polska, został zakupiony przez kosmopolityczny koncern mediowy z Finlandii Sanoma Corporation – w 2007 r. Warto zajrzeć na stronę internetową tego molocha finansowego, dojącego polski rynek podręczników, żeby wiedzieć, z kim mamy do czynienia. Na dzień dobry wita nas zdjęcie, na którym trzy wielkie tęczowe flagi powiewają na gmachu firmy. Pierwsze zdanie tekstu reklamowo-ideowego brzmi: „W czerwcu obchodzimy międzynarodowy miesiąc dumy, który na różne sposoby podkreśla prawa mniejszości seksualnych i płciowych”. I wszystko od razu staje się jasne. „Na różne sposoby” genderyzują, czyli także poprzez wpływanie na wyraz i wymowę podręczników szkolnych w Polsce. Sanoma Corporation szczyci się też na swojej stronie tym, że jest co roku głównym finansującym wielką tzw. paradę równości w Helsinkach (pod koniec czerwca). Działalność genderowa tej firmy jest przebogata, a finansują ją również rodzice polskich dzieci (jak wiadomo, w olbrzymiej większości katolicy), bowiem 25 proc. wszystkich przychodów fińskiego koncernu pochodzi z naszego, nadwiślańskiego rynku. Ciekawe, kto z rodziców ma o tym pojęcie…
Te dwa z gruntu lewicowe wydawnictwa mają olbrzymi monopol na podręczniki w Polsce. Utkały pajęczą sieć dystrybucyjną wśród nauczycieli. Czy one będą zabiegać o narodowy i katolicki profil książek dostarczanych dzieciom i młodzieży w polskich szkołach? Pytanie retoryczne. Trzeba głośno zawołać: Polacy, czy wy wiecie, z czego uczą się wasze dzieci?!
Pretensje jednak należy kierować nie tylko do rodziców, także do władz oświatowych. Nie tych obecnych, bo zgłaszanie do nich pretensji to rzucanie grochem o ścianę; te trzeba jak najszybciej przegonić z hukiem, przepędzić na cztery wiatry. Pretensje natomiast można kierować do poprzednich władz, ponoć prawicowych i narodowych. Nie chroniły one należycie szkół, nie informowały rodziców o zagrożeniach. Na to, żeby dzieci i młodzież były nauczane z podręczników wyprodukowanych w 90 procentach przez obce kulturowo i narodowo firmy, nie pozwolił sobie jeszcze żaden wolny kraj!
3.
Ostatnio papież Leon XIV podjął temat jakże często akcentowany przez Franciszka oraz od XIX w. wszechobecny w propagandzie socjalistycznej: troski o ubogich. To było też ważne memento 8-letnich rządów Zjednoczonej Prawicy. Najsłynniejsza z form pomocy, 500 plus i potem 800 plus, noszona była na sztandarach partyjnych. Sądzono, że tym sposobem przekona się Polaków do nowej władzy, że to super narzędzie do zdobywania głosów wyborczych. To mniemanie okazało się zupełnie błędne. Wielu prawicowych polityków nie mogło pojąć dlaczego, mówiło się o niewdzięczności Polaków wobec obozu rządowego, który tyle robi dla podniesienia poziomu życia. Faktycznie robił wiele, ale ludzie odbierali to inaczej niż chciano: jako coś oczywistego, co się im od dawna należy, nie uważali, że ktoś im wyświadcza łaskę. Prawda bowiem jest taka, że jeśli rząd walczy z biedą, lecz trzyma się tylko metod technokratycznych, nie budzi sympatii.
Jak się okazuje, znakomicie rozumie to nowy papież Leon XIV. Oświadczył 25 czerwca, że pomoc biednym jest oczywiście bardzo ważna, ale przede wszystkim trzeba nieść ubogim nawrócenie i słowo Boże. Bez tego poczucia misji – podkreślił Ojciec Święty – Kościół stałby się jedynie kolejną organizacją charytatywną. Otóż to: poczucie misji. To dotyczy nie tylko spraw ewangelizacyjnych; chodzi o sposób oddziaływania na człowieka.
Bez duchowego i ideowego wymiaru obozu rządzącego władza zamienia się w przedsiębiorstwo albo jakąś zobojętniałą instytucję. I choćby taka władza najsprawniej działała, niewielu ją polubi. „Nie wystarczy zaspokajać potrzeby ubogich – trzeba im głosić miłość Boga słowem i świadectwem. Gdyby tego zabrakło, Kościół utraciłby swój religijny charakter i stałby się organizacją o charakterze czysto filantropijnym”, mówił Leon XIV. Do tego zresztą od dawna chciałaby sprowadzić Kościół lewicowa ideologia. Przy czym w Polsce koalicja 13 grudnia idzie jeszcze dalej w nienawiści do Kościoła, chcąc mu odebrać nawet filantropijny wymiar.
Słowa nowego papieża skojarzyły mi się z „panowaniem” Zjednoczonej Prawicy, która rządziła i rozdawała, ale bez słowa objaśnienia. Gubił ją właśnie brak odwołania do spraw ducha, brak pięknych i szczytnych idei oraz pomijanie boskiego wymiaru wszystkich ziemskich spraw. Powiedziałbym tak: nie wystarczy być prywatnie wierzącym, jeśli bowiem uprawia się działalność publiczną jako katolik, to w niej również powinna dominować nauka ewangeliczna i odwołania wprost do Boga, Chrystusa czy choćby św. Jana Pawła II, tak wciąż bliskiego milionom Polaków.
Tymczasem polscy politycy prawicowi – w przeciwieństwie np. do prezydenta Trumpa – modlą się, przynajmniej niektórzy, ale po kryjomu! Nie chcą dawać przykładu, co jest wszak potrzebne z punktu widzenia ewangelizacji, ale i zdobywania punktów wyborczych.
Gdy Karol Nawrocki wygrał drugą turę walki o prezydenturę, Andrzej Duda zaprosił go właśnie na modlitwę. Gdzie modlił się ten prezydencki, można powiedzieć, duet? W zaciszu prywatnej kaplicy pałacu Namiestnikowskiego. Kto to widział? Kilkanaście osób. Czyż nie powinna to być uroczysta Msza św. w katedrze z udziałem tysięcy ludzi – szeroko transmitowana? To powinno być jedno wielkie wezwanie do Pana Boga w intencji Ojczyzny i odbić się głośnym echem w świecie chrześcijańskim. Powinno nawiązywać do pięknej i bogatej tradycji polskich władców zawierzających Maryi Królowej Polski siebie i kraj. Na oczach narodu! Panowie Nawrocki i Duda, jeszcze nic straconego – taką uroczystość możecie jeszcze zorganizować. Może trzeba odnowić śluby maryjne. To byłby akt bardzo jednoczący naród – tego nam brakuje! Zjednoczenia w imię Boże. Kombinowanie, że ludzie zjednoczą się wokół jakiegoś przywódcy partyjnego, prowadzi tylko do tworzenia się zamkniętych kręgów i klik.
4.
Przestało się już mówić, że media są czwartą władzą – bo stają się pierwszą! Jest to przy tym władza najmniej uregulowana prawnie. Znajduje się praktycznie poza kontrolą pozostałych trzech klasycznych elementów ustrojowych, czyli władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, często też te trzy władze dominuje, zwłaszcza sądy.
W średniowieczu stosowano powszechnie narzędzie karania zwane pręgierzem (inne jego formy to dyby, kuna, gąsior, kamienie hańby), które miało wystawiać przestępcę na publiczny wstyd; chodziło o działanie psychologiczne w stosunku do danego delikwenta, ale i do całej lokalnej społeczności. Musiało to być narzędzie faktycznie pomocne w czynieniu sprawiedliwości, skoro funkcjonowało kilkaset lat. Tak naprawdę nigdy nie przestało działać, ponieważ jego rolę zaczęły przejmować gazety, a potem inne media, funkcjonujące w miarę swego rozwoju coraz skuteczniej jako pręgierz – opinii publicznej. Jest jednak zasadnicza różnica w stosunku do dawnych czasów: wtedy do słupów wstydu na rynkach miast lub wsi przykuwano osoby skazane prawomocnym wyrokiem sądu. Dzisiejsze zaś pręgierze opinii publicznej, czyli media, same ferują wyroki, same skazują na hańbę, na publiczny wstyd, a prawdziwych przestępców niejeden raz bronią, chronią, kamuflują, a nawet nagradzają. Osobie oskarżonej przez siebie tymczasem praktycznie nie dają możliwości obrony, a jeśli już, to po zastosowaniu pręgierza, a nie przed nim. Za swoje błędne wyroki – jakże częste! – publikatory nie ponoszą praktycznie żadnej kary.
O tym wszystkim nie wolno zapominać, kiedy snuje się rozważania o mediach. Trzeba wiedzieć, że ich własne opowieści na swój temat, jakie to są obiektywne, sprawiedliwe i nam niezbędne, od dawna już traktować należy tylko jako autoreklamę. W rzeczywistości najbardziej uczciwe są te media, które wyraźnie, bez kamuflażu, określają swoją opcję światopoglądową, swoje zapatrywania, swoje upodobania i niechęci albo swoje afiliowanie przy określonej partii politycznej. Taka uczciwa postawa pozwala czytelnikowi, odbiorcy, dokonywać osobistego wyboru między opcjami zgodnie z własnymi przekonaniami. Niezwykle naganne i szkodliwe jest np. nazywanie siebie tygodnikiem katolickim, jak czyni to „Tygodnik Powszechny”, i równocześnie prowadzenie walki z nauczaniem Kościoła pod płaszczykiem jakiejś otwartości (na co? na zło?). W takich przypadkach mamy ewidentnie do czynienia z chęcią wprowadzenia czytelnika w błąd w celu zawładnięcia jego umysłem i duszą.
Współczesne media toczą bowiem olbrzymi, jak nigdy dotąd, bój o ludzkie umysły, dusze, a w konsekwencji o głosy wyborcze. To jest zasadniczy cel mass mediów, nawet finansowe zyski nie są tak istotne, tym bardziej że prawo zezwoliło (pod przemożnym wpływem tychże mediów) na kumulowanie w jednym ręku olbrzymiej ilości gazet, stacji radiowych i telewizyjnych, a teraz także internetowych portali. Oznacza to de facto zgromadzenie potężnej władzy w nielicznych rękach. Nawet najwięksi dyktatorzy polityczni taką propagandową potęgą mogli cieszyć się do niedawna tylko przez krótki czas – i zawsze w aurze hańby.
Aktualny przykład Polski jest o tyle nietypowy, że mamy do czynienia z niesamowitą kumulacją mediów w nielicznych rękach, ale są to ręce w olbrzymiej większości zagraniczne, głównie niemieckie. Cieszymy się najnowszymi sukcesami TV Republika, TV wPolsce 24, niektórych portali lub kanałów na YouTube (w tym także Białego Kruka), ale nie wolno tracić z pola widzenia całego rynku mediowego. To ważne, szczególnie dla polityków; niektórzy na prawicy myślą już, że dzięki sukcesowi Republiki lub wPolsce 24 sprawa mediów została załatwiona. Bardzo daleko do tego.
Można ustawiać sobie swoją telewizję na pierwszym lub drugim miejscu w kategorii telewizji informacyjnych i tym się chwalić, ale nie wolno zapominać o gigantycznej ilości innych publikatorów, w tym telewizji, które systematycznie – każdego dnia i każdej nocy – piorą mózgi Polakom. Piorą non stop i robią to skutecznie, na co nie ma lepszego dowodu niż wynik ostatnich wyborów prezydenckich. Te ponad 10 milionów głosów za kimś takim jak Trzaskowski jest najlepszym dowodem skuteczności tych mediowych pralni. Gdyby nie one, to ulubiony bohater wszystkich cudzoziemskich mediów w Polsce, zwany także z francuska Bążurkiem, osiągnąłby w wyborach wynik maksymalnie na poziomie delegatki masońskiej Joanny Senyszyn (oficjalnie reprezentowała swego czasu lożę w Europarlamencie), a Karol Nawrocki albo walczyłby bezpośrednio z Grzegorzem Braunem, albo wygrałby w pierwszej turze.
Można by wydać wielki katalog tych czasopism, stacji radiowych i telewizyjnych, portali, poradników, książek, które choć się różnią, to mają jednak pewien wspólny, niezmienny mianownik: likwidowanie polskości oraz katolicyzmu na wszystkich możliwych obszarach. Sprzyja im przejęcie przez postbolszewików systemów dystrybucji i przydzielania reklam. Możesz sobie wydać nie wiem jak wspaniałe prawicowe czasopismo lub książkę, ale kto ci to sprzeda? Prawicowa dystrybucja jest chałupnicza, funkcjonuje na marginesie molochów znajdujących się w rękach kosmopolitów i bezbożników. Kto ma wątpliwości, niech obejrzy sobie choćby księgarnie w tak newralgicznym punkcie, jak Dworzec Centralny w Warszawie; już same wystawy oglądane tam każdego dnia przez tysiące ludzi kipią jadem antykatolickim i antyprawicowym, ale także antyamerykańskim. To istne przybytki genderyzmu i wynaradawiania. Nic, dosłownie nic, nie zrobiono w zakresie unarodowienia dystrybucji prasy i książek w okresie 8-letnich rządów tzw. Zjednoczonej Prawicy.
5.
Dawniej można było mówić o osłabianiu polskości, teraz cel jest bardziej zdecydowany: zlikwidować. Jednym z systematycznie stosowanych narzędzi jest szyderstwo połączone z bluźnierstwem.
Popatrzmy choćby na media niemieckie hulające swobodnie po Polsce. Są ich w sumie setki, dość różnorodnych tematycznie i pod względem formy. Ale mają jeden wspólny mianownik: są bezbożne i bardzo uwiera je polskość. Żaden z tych publikatorów nie poparł nigdy prawicowego kandydata do jakichkolwiek władz, w jakichkolwiek wyborach. Wprost przeciwnie, każdy z nich nad wyraz chętnie zwalcza opcje konserwatywne i lansuje tęczową wizję świata – oraz tych, którzy ją reprezentują. Polityk, który w obliczu wyborów musi być rozpoznawalny, nie ma wyboru i korzysta z takich środków popularyzacji, jakie są mu dostępne. Ale żeby móc skorzystać, musi reprezentować ten światopogląd, który wyznają bezbożne media – stąd tak wielu polityków, którzy nie mając głębokich przekonań (a takich jest zdecydowana większość), stają bezmyślnie po stronie genderystów.
Jeśli zaś komuś się wydaje, że w kwestii wyborów liczą się tylko telewizje informacyjne, to gruuubo się myli. Bo np. takie czasopisma jak „Przyjaciółka” (Bauer) lub „Viva!” (Burda) potrafią wiele zdziałać w infrastrukturze kandydatów na ważne stanowiska państwowe. A tych czasopism jest bez liku. I tak np. lansują one – lub wyszydzają – żony polityków oraz robią systematycznie wywiady tylko z osobnikami o „właściwych” poglądach. Tego uznają za eleganckiego, bo z lewicy (np. Trzaskowskiego), a tamtego z prawicy za gbura i fatalnie ubranego. Lewak i jego połowica zawsze zachowują się wytwornie, konserwatysta po chamsku. Lewak jest zawsze postępowy, nowoczesny, a konserwatysta to ćwok, słoma z butów mu wyłazi. Itd. Nieustannie stwarzana jest tam atmosfera, która buduje sympatię do obozu genderowego – i tak właśnie kształtuje się opinię publiczną. Nie w kampaniach wyborczych, ale krok po kroku, artykuł po artykule, audycja po audycji. Weźmy pod uwagę, że tylko 4 proc. społeczeństwa myśli samodzielnie, a reszta przyjmuje opinie cudze, częściowo swego środowiska, ale głównie za pośrednictwem mediów.
A naprawdę mają czym kształtować nasze opinie! Taki np. Bauer posiada w Polsce 63 czasopisma, niektóre naprawdę wysokonakładowe, do tego 4 portale oraz 8 rozgłośni radiowych, w tym największą, czyli RMF (własność 100-procentowa). Springer ma gazety, w tym największą, czyli „Fakt”, oraz tygodniki i miesięczniki w ilości 30. Do tego dochodzi im 31 (!) portali, w tym największy w Polsce, onet. Burda ma w naszym kraju 18 czasopism i 12 portali oraz jedną telewizję. Lepiej im się tu powodzi niż w Niemczech.
A to przecież nie wszystko. Bo nie tylko niemieckie media są wrogiem polskości. Jakie szkody czyni amerykańsko-żydowski TVN, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Albo trzymana na smyczy Sorosa Agora i jej gazety, książki, rozgłośnie radiowe oraz potężna, ogólnopolska sieć reklam zewnętrznych (w tym bilbordy).
Media publiczne są od wielu, wielu lat po stronie postkomunistów. Bo media publiczne to nie tylko zdobyta na kilka lat przez prawicę TVP, ale także kilkanaście dużych stacji radiowych o bogatej tradycji, które również za rządów Zjednoczonej Prawicy używały sobie nieźle na konserwatystach i patriotach. Teraz to używanie nabrało już oczywiście rozmiarów monstrualnych.
Za czasów Bismarcka Prusy musiały dopłacać do propagandy gazetowej na ziemiach polskich. Teraz jest odwrotnie! Z naszego kraju idą do niemieckich kieszeni olbrzymie pieniądze z tytułu sprzedaży germańskich publikatorów. Bauer jest w tej klasyfikacji na czele – rocznie kasuje od Polaków w sumie ok. 750 mln zł, w tym blisko 100 mln z samego RMF-u, za który, nawiasem mówiąc, płacą z tytułu ZUS-u grosze; np. w 2022 r. zaledwie 8,39 mln zł – jakim cudem tak mało, to osobne pytanie. Tuż za Bauerem plasuje się Springer; na jego publikatory Polacy wydali w 2022 r. aż 662 mln zł. Burda „skromniej” – kasuje tylko ok. 320 mln rocznie. Ale Burda buszuje także po rynku książek, poradników, a jej portale użytkuje 13 milionów osób! Tymczasem polskie telewizje prawicowe muszą błagać o datki, by uzbierać parę milionów np. na wóz transmisyjny… Niechby choć połowa z tego, co kasują Niemcy, trafiała do polskich mediów! Nie drogą nakazów, ale poprzez regulacje normalizujące rynek, poprzez tyle razy zapowiadaną przez PiS dekoncentrację rynku mediowego. Dlaczego nigdy jej nie przeprowadzono? To jest w gruncie rzeczy pytanie dramatyczne.
Nie można za to wszystko specjalnie winić Niemców, bo jak im pozwolono, to korzystają. Oskarżać trzeba tych, którzy do tego dopuścili, ale także tych, którzy mając olbrzymią władzę i niemałe pieniądze, nic nie zrobili, żeby tę sytuację zmienić. Prawda jest taka, iż politycy PiS-u ze strachu przed niemieckimi mediami nie pisną nawet słabym głosikiem: przegonić Germanów… Tymczasem trzeba to wykrzyczeć z całej mocy! To powinno być główne hasło na transparentach polskiej prawicy.
Społeczeństwo od dawna nie jest już suwerenem mediów, tym bardziej że karmią się one w wystarczający sposób reklamami. Opłaty indywidualne czytelników, telewidzów czy radiosłuchaczy stały się natomiast marginesem ich przychodów, które tym sposobem uniezależniły od nas właścicieli mediów. Powiązania biznesowe między posiadaczami środków przekazu a koncernami reklamowymi (to tzw. domy mediowe; w Polsce największy z nich ma roczne obroty rzędu 3,5 mld zł!) są niezwykle silne, a poza tym obowiązują także powiązania światopoglądowe. Te ostatnie stały się dominujące, to one wyrokują o biznesie, nie odwrotnie. Polityka, by coś dla siebie uszczknąć, może się do tych relacji tylko podłączać, o ile jest posłuszna oczywiście.
My, jako obywatele podobno wolnych krajów nie możemy z mediów nie korzystać, bo musimy coś wiedzieć o świecie – tego wymaga od nas m.in. demokracja; bez tego nie wiemy, jakich dokonywać wyborów choćby przy urnach wyborczych. Cóż zatem czynić? Do jakiejkolwiek zmiany w układach medialnych konieczna jest wielka determinacja i odwaga, nieoglądanie się na media właśnie, dopóki nie zostaną one zreformowane tak, by służyły narodowi, a nie odwrotnie.
6.
Nam potrzebne jest wielkie zwycięstwo, z którego naród będzie mógł korzystać przez lata, przez wieki nawet – tak myślą nie tylko marzyciele, ale i stratedzy. Jak dotąd PiS (a my razem z nim) odnosi zwycięstwa pyrrusowe, które nie gwarantują trwałości pozytywnych zmian.
Wiem, co teraz od niejednego usłyszę. Wiem, bo będzie to powiedziane enty raz: tobie się wydaje, że to wszystko takie łatwe i proste, chciałbyś wszystko od razu, natychmiast itp.
Czy miało jednak być łatwo i prosto, czy ktoś to obiecywał? Pchając się do rządzenia jako propolski, prawicowy polityk, trzeba chyba mieć świadomość, że lekko żadnym sposobem być nie może.
A jeśli chodzi o „natychmiast”, o działania szybkie, nawet błyskawiczne, to czemu nie? W tym kontekście trzeba przywołać postać i dzieło Józefa Piłsudskiego. On we współpracy z sobie podobnymi w kilka miesięcy zbudował całe państwo, którego przez 123 lata w ogóle nie było! W parę miesięcy powstały systemy administracyjne, skarbowe, sądowe, oświatowe, powstał parlament wyłoniony w wolnych i powszechnych wyborach, pierwsza, skrótowa konstytucja, a przede wszystkim potężniejąca z dnia na dzień armia, która za kilkanaście miesięcy miała uporać się z olbrzymią, wielomilionową hordą bolszewicką.
Jak to było możliwe, dlaczego się udało? Bo Naczelnik i inni z całego serca wierzyli, że można, że się da. Oni wtedy naprawdę chcieli zmiany, i to potężnej, nieporównywalnie większej niż teraz. Piłsudski nie kalkulował bez końca, nie dywagował, nie jęczał: „to się pewnie nie uda, co na to powiedzą w Niemczech, Francji i Anglii, co jakaś gazeta napisze”… Znakomicie ten okres niezwykłych narodzin II RP opisuje prof. Wojciech Roszkowski w książce o symptomatycznym tytule „Mistrzowska gra Józefa Piłsudskiego”. Marszałek był świetnym taktykiem, ale przede wszystkim genialnym strategiem, miał dalekosiężne cele.
Nie były nimi zwycięstwa wyborcze, mało się zresztą wyborami interesował. Mierziły go gierki partyjne. Zwycięstwo wyborcze to wszak dopiero pierwszy krok. Jeszcze ważniejsze są kroki następne, od których zależy przyszłość. Natomiast głównodowodzący w naszym sztabie jeśli nad czymś łamią sobie głowy, to nad procentami i procencikami, nad taktyką wyborczą; marketing polityczny, zresztą z gruntu fałszywy, zdominował narrację o Polsce. A ponieważ co rusz są jakieś wybory, to tymże głównodowodzącym czasu nie staje na dogłębne zajęcie się innymi obszarami.
Wyraźnie widać, że Zjednoczona Prawica nie jest nastawiona na ekspansję. Jest nastawiona tylko na taktyczne zagrywki wyborcze, na doraźne zwycięstwa. Ekspansja wymagałaby właśnie strategii i wykorzystania słabości przeciwnika do końca, do ostatecznej jego likwidacji. Ten przeciwnik w gruncie rzeczy to mniej niż zero – gdyby nie wspomniane tu media, mógłby istnieć tylko marginesowo. Utrzymują go tylko kłamstwo, manipulacje masowych publikatorów oraz wsparcie antypolskiej zagranicy. To szkodnik tak wielki, że przejdzie do historii, owszem, ale jako coś jeszcze gorszego, perfidniejszego niż targowica. Ale tak, jak w przypadku targowicy winni byli nie tylko sami targowiczanie i nie tylko zagranica, lecz również ci, którzy latami tolerowali jawną i niejawną zdradę, tak samo i dziś winni mogą być po wsze czasy ci, którzy dopuszczą do przetrwania tej hydry.
7.
Hydra, jak wiadomo, to był wielogłowy potwór, któremu na miejsce odciętej głowy wyrastały dwie lub trzy nowe! I dopiero Herakles zrozumiał, że ranę po odciętym łbie trzeba wypalić, żeby uniemożliwić regenerację. Tak też uczynił i hydra po latach nękania ludzi w końcu zdechła. Grecki heros nie poprzestał na tym, wykorzystał zwycięstwo do cna; jadowitej żółci potwora, która miała go zabić, użył do zatrucia swych strzał, do kolejnej walki. Jego celem bowiem tak naprawdę nie było pokonanie hydry, to był etap. Jego celem była stała walka ze złem i do tego się zbroił, do tego dostosowywał taktykę swych działań. Likwidacja hydry była dopiero drugą z dwunastu wielkich prac, które miał wykonać. Nie mógł sobie zatem pozwolić na pozostawienie za plecami, z tyłu swej drogi, jadowitego potwora. Chciałoby się dziś zawołać: Heraklesie polski, gdzie jesteś?!
Czeka tu na ciebie stajnia Augiasza: media.
Ten tekst został oryginalnie opublikowany w wydaniu z lipca 2025 miesięcznika Wpis https://bialykruk.pl/wpis

