Ksiądz Jerzy powinien dziś zawstydzać wielu z nas

Ksiądz Jerzy powinien dziś zawstydzać wielu z nas

Ksiądz Jerzy powinien dziś zawstydzać wielu z nas

Nie wahał się być żarliwym świadkiem wiary nawet w czasie komunistycznego terroru

Jolanta Sosnowska

Ojciec Jan Góra, słynny twórca Spotkań Młodych Lednica 2000, zwykł mawiać, że nie można nikogo zapalić, samemu nie płonąc. I to jest wielka prawda – jeśli o wierze katolickiej, o umiłowaniu Boga mówimy bez żarliwości, jeśli w ogóle nie wymawiamy słów „Bóg”, „Chrystus”, „zbawienie”, „życie wieczne” w obawie, by kogoś nimi nie urazić, pozostaniemy letni i nikogo nie zapalimy.

Zarówno ojciec Jan Góra, jak i ksiądz Jerzy Popiełuszko nie byli letnimi kapłanami, mieli w sobie bez wątpienia ów zapalający żar prawdziwej wiary, choć cechowały ich zupełnie inne temperamenty. Tak to już jest, że chęć dzielenia się przekonaniem i radością własnej wiary zawsze łączy się w pewien sposób z obejmowaniem przywództwa, bo do takich ludzi lgną z czasem inni ludzie, chcąc wspólnie podążać tą samą drogą.

Początkowo wydawało się, że Ksiądz Jerzy żadnych cech przywódczych nie ma. Jako dziecko był niepozorny, chorowity, wątły. Nie nadawał tonu, nie uczył się wybijająco na żadnym etapie edukacji, miał np. trudności z opanowaniem języków obcych. Nawet na swoich dwóch pierwszych parafiach jako wikary wolał usuwać się w cień, wręcz unikał głoszenia kazań. Jednakże – z drugiej strony, jeszcze w szkole podstawowej był szykanowany przez rówieśników na przykład za to, że modli się na różańcu, że jest nadzwyczaj gorliwym ministrantem. I to właśnie jego życie duchowe, które towarzyszyło mu od najmłodszych lat, było takim cichym, a z czasem coraz wyraźniejszym tropem, który predestynował go do stania się przywódcą i żarliwym publicznym wyznawcą Chrystusa, co przypłacił, albo można powiedzieć – ukoronował – swoją męczeńską śmiercią.

Ksiądz Jerzy, a do święceń Alfons – bo takie imię otrzymał podczas sakramentu chrztu na cześć św. Alfonsa Liguoriego, zwany w domu zdrobniale Alkiem, od dzieciństwa wyróżniał się ponadprzeciętną pobożnością. „Mój syn, ksiądz Jerzy – mówiła jego matka Marianna – był przez całe życie człowiekiem głęboko wierzącym. Kiedy służył w wojsku, odmawiał różaniec pomimo zakazu dowódcy. Nigdy nie słyszałam, by żalił się na Pana Boga. Starał się przyjmować wyrządzane nieprzyjemności w duchu wiary i z miłości do Pana Boga”. Rodzina Popiełuszków wiodła proste, twarde życie bez wygód według wyraźnie określonych zasad katolickich, w którym modlitwa i praca zajmowały rolę nadrzędną. Postawa modlitewna przekładała się na postawę moralną, co u Alka przełożyło się z czasem na pasję bycia kapłanem, na oddanie się bez reszty Chrystusowi i na odwagę obrony wartości.

Ksiądz Popiełuszko wyróżniał się pobożnością, o której współczesny świat jakby nie chce już mówić, uznając ją za kompletny anachronizm. Bycie pobożnym, bycie katolikiem, który nie tylko w niedzielę uczęszcza na Mszę świętą, odmawia Różaniec, Koronkę do Bożego Miłosierdzia, uczestniczy w różnych nabożeństwach w czasie roku liturgicznego, bo ma taką potrzebę duszy, wydaje się staroświecką dewocją. Powszechnie wmawiane jest ludziom, że pobożność, praktykowanie swej wiary wcale nie jest konieczne, że możemy być katolikami „na godziny” – raz w tygodniu pójść w niedzielę na Mszę świętą, a potem już żyć, jak chcemy, z dala od Dekalogu i potrzeby analizowania Bożego Słowa.

Alek tymczasem wychowywany był religijnie wedle kompletnie innych zasad – właśnie w wielkiej bliskości Bożych przykazań i ich przestrzegania. Był wychowywany w pełnej, a nie rozbitej rodzinie – wielodzietnej i wielopokoleniowej, która wiele czasu spędzała na wspólnej modlitwie. Przywódcą domowym nadającym w domu ton była mama Marianna, która zbierała na modlitwie wszystkich członków rodziny. Nie było takiej możliwości, żeby w niedzielę czy w ważne święto nie pójść do kościoła, a ze wsi Okopy do Suchowoli, gdzie znajdowała się świątynia parafialna, trzeba było pokonywać pieszo parę kilometrów często błotnistą polną drogą.

Z punktu widzenia późniejszych losów Błogosławionego symptomatyczne jest to, że przyszły Ksiądz Jerzy urodził się w niedzielę 14 września 1947 r. – a więc w Święto Podwyższenia Krzyża Świętego; przed 78 laty wypadało ono również w niedzielę, tak jak w tym roku. Wychowanie katolickie, które odebrał, codzienne modlitwy odmawiane kilka razy w ciągu dnia, gorliwy udział w nabożeństwach spowodowały, że po przyjęciu Pierwszej Komunii Świętej mały Alek został ministrantem. Ów fakt stał się bardzo ważnym zobowiązaniem i pociągnął za sobą bardzo poważne konsekwencje.

Ten drobny, niepozorny, chorowity chłopak wstawał bowiem odtąd godzinę wcześniej, żeby przed lekcjami w szkole służyć rankiem do Najświętszej Ofiary. Każdego dnia pokonywał w tym celu kilkukilometrową drogę jesienią, zimą, i wiosną bez względu na pogodę – w śniegu, błocie czy w roztopach. Któregoś dnia mama Marianna musiała przyjść do szkoły wezwana przez nauczycielkę rosyjskiego, że Alek czasem spóźnia się na zajęcia z powodu Mszy świętych, a także, że widzą go, jak odmawia Różaniec. I wtedy mama przyszła do szkoły i powiedziała, że ona nic złego nie widzi w odmawianiu różańca i nie wie, żeby to było zakazane, bo jest przecież wolność wyznania.

Postawa tej prostej, ale jakże odważnej, wspaniałej matki, bez wątpienia świętej, powinna być dzisiaj dla nas wzorem, jeśli popatrzymy na obecną sytuację w szkołach, kiedy moralne wychowanie najmłodszych tak bardzo jest zagrożone. Jak bardzo potrzeba matek Mariann, które zaangażują się w życie religijne swoich dzieci, będą broniły lekcji religii w szkołach, które nie dopuszczą do postępującej, coraz bardziej zmasowanej seksualizacji dzieci, dokonującej się obecnie przy milczeniu tak wielu rodziców.

Dzięki religijnemu i moralnemu wychowaniu Alek Popiełuszko potrafił również później, już jako alumn w wieku 21 lat, niezłomnie znosić w wojsku ateistyczne szykany, kiedy klerycy drugiego roku warszawskiego Prymasowskiego Wyższego Seminarium Duchownego siłą zostali wcieleni do wojska na dwa lata. Dwa lata fizycznych cierpień i politycznej indoktrynacji antykościelnej miały spowodować zniszczenie ich powołania do kapłaństwa. Na drogę do karnej jednostki wojskowej w Bartoszycach Prymas Tysiąclecia dał każdemu z nich różaniec na palec. Każdy z nich został wyposażony przez niego w tę broń duchową, żeby nie zapomnieli, że zostali wybrani na służbę Bogu i żeby dzięki modlitwie przetrwali ten niezwykle trudny czas, nie dali się złamać.

Kiedyś oficer polityczny kazał Alkowi zdjąć z palca różaniec. On jednak odmówił, czyli nie wykonał rozkazu. Został za to bardzo surowo ukarany. Ten oficer kazał mu przyjść w pełnym rynsztunku ważącym kilka kilogramów, w którym Alek musiał stać na baczność przez kilka godzin. Potem kazał mu zdjąć buty i stać na zimnej posadzce ponad godzinę, aż stopy mu zsiniały i zrobiły się zimne; wtedy łaskawie pozwolił mu te buty założyć. Również pomimo wszystkich innych późniejszych szykan Alek tego różańca z palca nie zdjął i jeszcze mobilizował wszystkich swoich kolegów w tej karnej jednostce w Bartoszycach do modlitwy, do odmawiania Różańca, do czytania stałych części Mszy świętej, kiedy nie mogli wyjść w niedzielę na przepustkę do bartoszyckiego kościoła.

Ważne miejsce w uformowaniu duchowego życia Alka, miał też drewniany krzyż stojący na rozstaju dróg w Okopach, przy którym chłopak codziennie modlił się w drodze do szkoły. Ten krzyż naznaczył w pewien sposób całe jego życie, a dziś zrósł się z drzewem, przy którym go postawiono, zyskując rangę niezwykłego symbolu losu Księdza Jerzego.

Rok temu w książce „Męczennik za wiarę i Solidarność” napisałam: „Postać błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszki jaśnieje dziś blaskiem jeszcze większym i wyraźniejszym niż było to w czasach prymasostwa bł. kard. Stefana Wyszyńskiego i pontyfikatu św. Jana Pawła II. Postać Męczennika jakże wielu musi też jednak dzisiaj zawstydzać. Ba! Jego niezłomna postawa aż po ofiarę z własnego życia targa być może sumieniem niejednego, wywołuje wyrzuty wewnętrzne, gdy nie starcza cywilnej odwagi, by bronić w polskim społeczeństwie oraz państwie Krzyża i Bożego ładu – choć zostało się do tego powołanym, a niejednokrotnie także wybranym”.

Z każdym kolejnym miesiącem staje się to coraz bardziej wyraźne. Moc ewangelicznego radykalizmu Księdza Jerzego, jego postawy i zdecydowanych słów wyrażających w prosty sposób podstawowe prawdy wiary jest nam potrzebna coraz bardziej paląco. Bo też i czasy obecne zaczynają przypominać coraz bardziej czasy komunistycznego zniewolenia, nawet jeśli owo zniewolenie realizowane jest dzisiaj w inny sposób i za pomocą innych, można powiedzieć – doskonalszych środków i instrumentów.

„Życie nasze jest labiryntem – mówił Ksiądz Jerzy. – Potrzebujemy światła prawdy. Potrzebujemy tego, który powiedział: ‘Ja jestem światłością świata’ [por. J 8,12]. Od tego, jaką damy sobie odpowiedź na pytanie o ostateczny cel, będzie zależało, gdzie będzie nasze serce i nasz skarb”. Innym razem kapelan Solidarności wyjaśniał: „Przecież nie dla naszego materialnego powodzenia Bóg stał się człowiekiem, ale dla naszej duszy, nie dla spraw materialnych poniósł śmierć krzyżową, ale dla spraw duszy i jej zbawienia. Chrześcijaństwo nie jest negacją dóbr materialnych, ale przestrzega, aby nie były one jedynym celem człowieka, lecz by stanowiły środki do celu ostatecznego człowieka, jakim jest szczęście wieczne. Środki materialne mają nas do Boga przybliżać, a nie sobą zasłaniać”.

Na tegorocznych wakacjach byłam po raz kolejny w Dolnej Austrii. Chodząc tam na nabożeństwa do różnych kościołów – wiejskich, sanktuaryjnych czy opackich, na których raczej nie ma tłumów, naszła mnie refleksja, że nas, Polaków, bardzo i wyraźnie kształtują jednak nasi święci, a szczególnie liczni święci współcześni, którzy żyli na wyciągnięcie ręki. Jest tak z całą pewnością, nawet jeśli tego na co dzień sobie nie uświadamiamy. W gronie tych współczesnych świętych mamy wszak i samego Papieża, i Prymasa Tysiąclecia, i Księdza Jerzego, a ilu jeszcze jest w drodze na ołtarze. Doprawdy biedne są narody, a wśród nich Austria, które tak licznych świętych w ostatnich latach, takich wzorców do naśladowania nie mają – nie mają też oni bowiem właściwych przewodników duchowych i moralnych w czasach obecnego zamętu.

Pamiętam, ile krzyku było w Austrii, kiedy w końcu, po wielu, wielu latach, Benedykt XVI beatyfikował w 2007 r. Franza Jägerstättera. Jaki tam był straszny opór tamtejszych kombatantów, jakże oni torpedowali proces beatyfikacyjny tego pobożnego rolnika i tercjarza franciszkańskiego, dyskredytując na wszelkie sposoby bohaterską, katolicką postawę człowieka, który wolał umrzeć niż wstąpić do Wehrmachtu, stając tym samym po stronie Hitlera i dla niego zabijać ludzi. A trzeba wiedzieć, że zarówno żona Franza Jägerstättera, jak i jego dzieci, całkowicie aprobowali decyzję swego męża i ojca, i nigdy nie czynili mu z tego powodu wyrzutów. To osoby obce, postronne zarzucały mu, że wolał opuścić żonę i osierocić dzieci niż pójść do wojska, by spełnić obowiązek nakazany hitlerowskim prawem. Wiadomo, że środowiska kombatanckie usprawiedliwiały w ten sposób swoją postawę w czasie II wojny światowej.

Coraz częściej dzieje się tak, że światopogląd świecki, którego wariantów mamy teraz mnóstwo w różnych odmianach, zawłaszcza i zatruwa umysły katolików, myślę, że w równej mierze duchownych i świeckich. To nie jest tak, że my katolicy chcemy nawracać na naszą jedyną prawdziwą wiarę, że chcemy głosić jednego prawdziwego Zbawiciela, którym jest Jezus Chrystus, tylko że coraz częściej to inni nawracają nas na swe błędne poglądy, na błędne światopoglądy, na błędne religie. Szczególnie łatwo dzieje się to w obecnej epoce niewiarygodnego postępu technologicznego i wiary w jego moc. Zamiast zaufania i wiary w Słowo Boże, które zbawia, pojawia się również u duchownych jakby zawstydzenie z powodu pewnych passusów znajdujących się w Piśmie Świętym. Z owego zawstydzenia rodzi się u niektórych przekonanie, że może były one dobre dla ludzi poprzednich stuleci, ale przecież nie są takie dla ludzi współczesnych z epoki nieznanego do tej pory dobrobytu materialnego i sztucznej inteligencji.

Podam tu przykład pewnego księdza z sanktuarium w Maria Taferl w Dolnej Austrii, które jest jednym z niewielu czynnych jeszcze sanktuariów, do którego przyjeżdżają pielgrzymi, w którym w niedzielę odprawianych jest pięć Mszy świętych, a nie jedna, jak choćby w słynnym opactwie benedyktynów w Melku. Otóż parę lat temu, gdy wypadało czytanie z Listu do Efezjan (5, 21–28), kaznodzieja z Maria Taferl już na wstępie Eucharystii, zanim nastąpiła Liturgia Słowa, w zdenerwowaniu i popłochu zaczął prosić wiernych, by nie wychodzili z kościoła, kiedy usłyszą ten fragment Pisma Świętego:

„Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej! Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus – Głową Kościoła: On – Zbawca Ciała. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom – we wszystkim. Mężowie miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, niemający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany. Mężowie powinni miłować swoje żony, tak jak własne ciało. Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje”.

Nie bardzo wiedziałam, czego ten ksiądz tak bardzo się boi, czemu wpada w popłoch, a jemu chodziło o to, że słowa: „żony niechaj będą poddane swym mężom”, mogłyby zostać zinterpretowane przez niektórych jako zachęta do przemocy domowej. Muszę powiedzieć, że bardzo mnie to zbulwersowało i zdumiało.

W sierpniu tego roku natomiast padło ostrzeżenie ze strony tego samego kaznodziei, kiedy wypadło czytanie z Mądrości Syracha (3, 17–20): „Synu, w sposób łagodny prowadź swe sprawy, a każdy, kto jest prawy, będzie cię miłował. O ile wielki jesteś, o tyle się uniżaj, a znajdziesz łaskę u Pana. Wielka jest bowiem potęga Pana i przez pokornych bywa chwalony”. Potem zaś w Ewangelii wg św. Łukasza (14, 10–11) usłyszeliśmy: „Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. Wtedy przyjdzie gospodarz i powie ci: ‘Przyjacielu, przesiądź się wyżej!’; i spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony”. Analizując z kolei te fragmenty Pisma Świętego, kaznodzieja z Maria Taferl doszukał się w postawie uniżenia ryzyka dla ludzi o myślach samobójczych i depresyjnych.

Nigdy wcześniej z taką egzegezą się nie spotkałam… Odniosłam natomiast silne wrażenie, że był to wyraz postawy duchownego, który bardziej stara się podobać ludziom niż Panu Bogu; że jego sposób wyjaśniania Pisma Świętego ma sprawiać, żeby ludzie czuli dobrostan, żeby nie czuli żadnego dyskomfortu psychicznego. Także z powodu swoich grzechów, które przecież każdy z nas popełnia i powinien mieć świadomość swojej grzeszności. Może i z tego powodu wszystkie konfesjonały w tymże sanktuarium są puste. Nigdy nie widziałam tam osoby spowiadającej się. Wszak spowiedź łączy się z pewnym dyskomfortem psychicznym, z uniżeniem wobec Pana Boga człowieka, który ze skruchą wyznaje swoje grzechy, prosi o ich wybaczenie i o pokutę…

Wróćmy tymczasem do księdza Jerzego, który nigdy nie miał problemów z wyjaśnieniem Pisma Świętego. Nie był profesorem, nie był nawet doktorem nauk teologicznych, tylko zwykłym księdzem po seminarium duchownym, a jednak formacja, którą otrzymał najpierw w domu, w wychowaniu rodzinnym, a później podczas studiów, sprawiły, że potrafił mówić językiem wiary prostej, zrozumiałej dla każdego. Nigdy nie wstydził się słowa „Chrystus”, słowa „Bóg”, również wtedy, kiedy odprawiał Mszę świętą podczas strajków w Hucie Warszawa, które rozpoczęły się 31 sierpnia 1980 r., czy w trakcie strajku w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarniczej w Warszawie na przełomie listopada i grudnia 1981 r.

Piękne są jego wspomnienia z pierwszej Mszy świętej w Hucie Warszawa. Nie wiedział, co zastanie na terenie fabryki, na terenie przemysłowym, czy będzie tam w ogóle jakieś miejsce celebracji. A jednak robotnicy przygotowali ołtarz, który przykryli białym obrusem, były kwiaty na ołtarzu i był wielki krzyż. Okazało się ponadto, że te spracowane chłopy potrafią i śpiewać, i odpowiadać podczas Mszy świętej, a jak było podniesienie, to padali na kolana tak, że drżał fabryczny bruk.

Ksiądz Jerzy nie głosił kazań w sposób porywający, miał głos dosyć monotonny, który czasem brzmiał jakby staccato. Mówił dosyć krótko, ale bardzo zrozumiale, obrazowo i dobitnie tak, że w kościele zapadała kompletna cisza. Wszyscy słuchali go z zapartym tchem. Jego słowa dokonywały przemiany serc, o czym świadczą liczne nawrócenia chociażby podczas strajków. Ludzie przychodzili do kratek konfesjonału po 20–30 latach, spowiadali się z różnych ciężkich grzechów i potem jak dzieci płakali, otrzymując rozgrzeszenie. Dobrze rozumiano, co miał na myśli Ksiądz Jerzy, kiedy mówił: „Jeżeli nasza wiara nie przekroczy progu świątyni, nie pójdzie z nami jak droga naszego życia w naszą codzienność, do naszych rodzin, do naszego środowiska – to będzie to wiara bez uczynków, a taka wiara jest martwa, niewiele znacząca. Taka właśnie wiara daje ludziom niewierzącym argumenty do tego, by uznać bezzasadność wiary, jej nieprzydatność w życiu”.

Myślę, że słowa te są dzisiaj tak samo aktualne jak wtedy, w czasach komunizmu, bo dzisiaj znajdujemy się w okowach różnorodnych, nowoczesnych form zniewolenia, któremu się poddajemy, zapominając, że o Chrystusie mamy świadczyć w każdej chwili swojego życia, nie wstydzić się Go w swoim domu, miejscu pracy, gdziekolwiek jesteśmy. Ksiądz Jerzy napominał bowiem:

„Chrześcijanin nie może postępować na minimum, bo do wyższych rzeczy został stworzony. Jeżeli nie będzie posuwał się naprzód, zacznie się cofać. Tylko ten, kto idzie, a nie stoi w miejscu, potrafi być sobą w różnych sytuacjach. (…) Nasza bierność i wygodnictwo powodują, że powoli, nie zawsze zdając sobie z tego sprawę, przyczyniamy się do tego, że dobro jest zwyciężane złem, zamiast jak prosił Ojciec Święty [Jan Paweł II], przemawiając w Niepokalanowie [18 czerwca 1983 r.]: ‘Nie dać się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężać’. Potrzeba jest nam odwagi przyznawania się do Boga, odważne świadczenie o przynależności do Boga. Okazją ku temu jest również czas urlopów i wakacji. Bóg zawsze musi być na pierwszym miejscu”.

Jest takie powiedzenie, że każdy nosi w plecaku buławę marszałkowską. Można je strawestować i powiedzieć, że każdy nosi w plecaku aureolę świętości. Tyle tylko, że najczęściej nie staramy się po nią sięgać – choćby na chwilę…

Ten artykuł został oryginalnie opublikowany w miesięczniku WPIS Wiara Patriotyzm i Sztuka https://bialykruk.pl/wpis

Zobacz również: https://republikapolonia.pl/2025/10/20/moja-meczenska-smiercia-dalej-wam-sluze/

Website |  + posts

Comments

No comments yet. Why don’t you start the discussion?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *