O manipulacjach słowami Pana Jezusa i nie tylko… (część I)

O manipulacjach słowami Pana Jezusa i nie tylko… (część I)

Zacznę od testu na pamięć: kto z Państwa pamięta jeszcze „staropolskie” słowo (używane gdzieś do końca XX w. i później całkowicie zapomniane) jak „całokształt”? Choć za czasów komuny było wyśmiewane, to jednak obecnie przyda mi się do tego o czym będę pisać, a mianowicie o „całokształcie” manipulacji słowami i nauczaniem Pana Jezusa, czego świadkami jesteśmy nie od dziś, i to na wielu poziomach (nie tylko przez wrogów Kościoła katolickiego, ale owszem jego członków i „przyjaciół”). Te manipulacje są całkiem łatwe z tego powodu, że wielu katolików zna Pismo św. tylko z niedzielnych czytań, nie zadając sobie trudu, by je przeczytać (i to najlepiej nie raz…) „od deski do deski”, a wszak jak już nieraz cytowałem, „ignorancja Pisma świętego, jest ignorancją Jezusa”. Rzadko kiedy owych manipulacji słowami Pana Jezusa dokonują katolicy – tradycjonaliści (choć pewnie i takie sytuacje mają miejsce), natomiast jest to wręcz nagminny proces w wypadku katolików – postępowców (a mam tu na myśli zarówno duchowieństwo, aż do najwyższego szczebla w hierarchii, czyli papieża, oraz świeckich). Te manipulacje i wykrzywianie nauki Chrystusa są całkiem sprytne, bo opierają się nie na fałszowaniu czy przekręcaniu słów Jezusa wprost, ale ich odpowiedniej „interpretacji” (w stylu: „Jezus na pewno miał na myśli…”, i tu postępowcy wciskają właśnie swoją agendę) oraz wybiórczym cytowaniem, pod z góry upatrzoną tezę. I w ten sposób znakomita manipulacja jest gotowa, bo wszak nie można im wprost zarzucić fałszerstwa, bo przecież cytat pochodzi z Ewangelii. Lecz takie techniczne wybiegi na nic się nie zdadzą wobec Pana Boga, który wielokrotnie, w różnych miejscach Starego i Nowego Testamentu ostrzega o odpowiedzialności i konsekwencjach nadużywania, fałszowania i „interpretowania” Jego słów, pouczeń, poleceń i nauczania.

Gdyby ograniczało się to tylko do takiej wybiórczości i pewnych manipulacji, choć jest to naganne, można by uznać, iż to „pół biedy”; niestety problem (to chyba w tym wypadku eufemizm) leży w tym, że owi postępowcy nie tyle manipulują Pismem oraz nauczaniem Kościoła, co wręcz im zaprzeczają, i to w sposób wprost haniebny, bo przeczący Słowu. Trzeba mieć naprawdę ogromny tupet, by wypisywać teksty jakie obecnie spotyka się na porządku dziennym, i to najczęściej autorstwa teologów (?) oraz sporej części hierarchii katolickiej (?) aż, jak już wspomniałem, do samej góry…

By nie poruszać się tylko w świecie ogólników, pora teraz na konkrety, a będzie ich sporo… Dobrym początkiem niech będzie fragment z Ewangelii wg św. Mateusza (Mt. 7.15-23), który tak przy okazji jest bardzo niewygodny dla protestantów, sekt zielonoświątkowych i charyzmatycznych, utrzymujących iż do zbawienia jest wystarczające uznanie Pana Jezusa jako swego Pana (i niebo jest zaklepane). Ale to tak na marginesie, bo nie chcę się tu specjalnie zajmować „braćmi odłączonymi”… Cytat, o który mi chodzi brzmi następująco: „Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia lub z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. A więc: poznacie ich po owocach. Nie każdy, który mi mówi: „Panie, Panie!”, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: „Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia?” Wtedy oświadczę im: „Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości”. Tę wypowiedź Chrystusa dobrze uzupełnia Jego krótkie zdanie (Mt. 12.30): „Kto nie jest ze Mną, jest przeciw Mnie; i kto nie zbiera ze Mną, rozprasza”. Tyle, i tylko tyle sam Pan Jezus.

Liczne, wieloaspektowe wnioski logiczne z powyższych słów, są w pewnym sensie przerażające. Po pierwsze i najważniejsze, wiele osób musi boleśnie rozstać się z iluzją, iż im się za pracę na Pańskiej niwie coś „należy” już tu podczas ziemskiej egzystencji, oraz co ważniejsze, po śmierci. Ci co uprawiają „Pańską rolę” i są świadomi, że są co najwyżej narzędziami, których Pan Bóg używa, i z tego tytułu nie oczekują żadnej specjalnej zapłaty (choć wszak całkiem słusznie mają nadzieję, że im to nie zostanie zapomniane), z pewnością zostaną nagrodzeni. Lecz ci, którzy dzięki łasce Pana Jezusa, zostali obdarzeni zaszczytem by przez ich ręce i słowo dokonywały się uzdrowienia duchowe i fizyczne, a pochłonęła ich z tego powodu pycha, mają poważny kłopot, który polega na tym, iż jeśli nie rozpoznają Kto jest źródłem cudów, gdzie oni byli zaledwie instrumentami, to nie tylko nie mogą spodziewać się żadnej nagrody, ale wręcz zostaną przez Pana Boga odrzuceni jako uzurpatorzy chwały, tylko Jemu przynależnej. Patrząc na występy wielu charyzmatyków na youtube widać, że ten problem mają prawie wszyscy z nich choć imię Jezus nie schodzi im z ust. Autoreklama bijąca z tych spektakli jest doprawdy żenująca i dziwi tylko liczba jej ulegających.

Jak sam Pan Jezusa podkreślił, prorokowanie i wyrzucanie demonów mocą Jego imienia, to zdecydowanie za mało. Sytuacja staje się jeszcze gorsza w wypadku „fałszywch proroków”. O ile poprzedni przypadek dotyczył głównie charyzmatycznych klakierów to ten odnosi się głównie do świata katolickiego, i to raczej, chociaż nie wyłącznie, do hierarchii z papieżem włącznie. Zamiast „nastawania w porę i nie w porę”, zajęli się postępową „interpretacją” nauczania Chrystusa, posuwając się wręcz do Jego poprawiania, fałszowania i unieważniania słów nie pozostawiających żadnego pola do interepretacji czy błędnego zrozumienia. Pan Jezus dał w porównaniu do drzew i rodzących je owoców, znakomity przykład tego, jak my sami mamy i powinniśmy rozpoznawać, który gatunek drzew jest dobry, a mianowicie, rzecz całkiem łatwa i prosta, dobre drzewa poznajemy po dobrych owocach. Podobnie rzecz ma się z wilkami, które zamaskowane, wdzierają się do owczarni Pana, by udając owce, zwodzić je i wyprowadzać z zagrody chroniącej je przed niebezpieczeństwami. Powinny z niej wychodzić tylko wtedy, gdy usłyszą głos swego Pana; w każdym innym przypadku, powinny traktować zwodzące je głosy fałszywch proroków, tak jak należy, czyli nie zwracać na nie uwagi. Niestety, owe wilki w owczej skórze są całkiem cwane i znakomicie nieraz zamaskowane, dlatego naiwne, łatwowierne i bezkrytyczne owce, które dodatkowo zapomniały głosu swego Pana, dają się zwieść, będąc ofiarami tych duchowych drapieżników. W podejmowaniu decyzji o tym, czy jakieś owoce są dobre czy nie, pomaga umiejętność rozpoznawania drzew, czyli nazywając to po imieniu, co najmniej dobra znajomość Pisma św. Tradycji i Magisterium; gdy tego brak, wilki mają po prostu ułatwione zadanie….

Często osoby powierzchownie znające Ewangelie, zarzucają Panu Jezusowi niekonsekwencje w kwestii oceny Jego wypowiedzi „z Nim, czy przeciw Niemu”, cytując inną, kiedy to Jan skarży się Chrystusowi:
„Mistrzu, widzieliśmy kogoś, jak w Twoje imię wypędza złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodzi z nami. Lecz Jezus mu odpowiedział – Nie zabraniajcie; kto bowiem nie jest przeciw wam, ten jest z wami”.
Więc jak to jest? Ano nie tylko należy znać kontekst wypowiadanych przez Pana Jezusa słów, ale i być trzeba bardzo precyzyjnym w ich odczytaniu, bo jest czymś innym, gdy Chrystus nawiązuje do swojej osoby, a inaczej, kiedy poucza uczniów. Mam nadzieję, iż przez bezpośrednie zestawienie obu cytatów wychwyciliście Państwo odmienność „ze Mną, przeciw Mnie” a „przeciw wam, z wami”, i nie jest to tylko jakaś gra słówek, lecz kwestia jakościowa. Dlatego też nasi elastyczni postępowcy tak lubią zapominać o „Kto nie zbiera ze Mną, rozprasza”, zamiast tego nieustannie przypominając w swych narracjach, iż „kto nie jest przeciw wam, ten jest z wami”, utożsamiając się oczywiście z „wami” i chlubiąc się otrzymaniem misji od samego Chrystusa. Tyle tylko, iż ta ich „misja” nie ma prawie nic wspólnego z tym, czego od nich oczekiwał Pan Jezus; no ale oni przecież wiedzą lepiej, o co Mu chodziło…

Zanim przejdę do kolejnych przykładów „przekrętów”, pragnę zwrócić Państwa uwagę na chyba najstarszy, którego autorów trudno jednoznacznie wskazać, bo to ich wspólny „sukces”, który o dziwo jest kontynuowany przez wieki i nie korygowany przez kolejnych papieży, strażników Doktryny Wiary, hierarchów, choć wszyscy mają doskonałą wiedzę o tym, iż sprawa lekko cuchnie. A wszystko to pewnie dlatego, że jest on nad wyraz wygodny dosłownie wszystkim, a głównie laikatowi, choć nie wyłącznie. W czym rzecz? Otóż sprawa dotyczy „pomyłki” w ustaleniu słów modlitwy „Ojcze nasz”, odmawianej przez wiernych przy okazji liturgii czy w modlitwach prywatnych. Tak więc na kartach Ewangelii wg Mateusza, we fragmencie w którym Pan Jezus poproszony przez uczniów by nauczył ich się modlić, spełnił tę prośbę zostawiając nam Modlitwę Pańską, popularnie zwaną od początkowych słów jako „Ojcze nasz…”. Cytuję za Biblią Tysiąclecia: „…i nie dozwól abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego!”. Tymczasem jak wiadomo, to zdanie w aktualnej, wymawianej we wszystkich językach wersji brzmi „…i nie wódź nas na pokuszenie…”. Czepiam się jakiejś semantyki? Zdecydowanie nie, i sądzę, iż gdy Państwo te dwa cytaty widzicie napisane obok siebie, łatwo dostrzeżecie krytyczną między nimi różnicę. Mam taką cichą nadzieję, ale dla pewności… Wezwanie do Pana Boga, by nas chronił przed uleganiu pokusom, jest diametralnie inne od tego by nas „nie wodził na pokuszenie”. O ile to pierwsze zakłada wolną wolę aktu ludzkiego i prośbę o wspomożenie przeciw opieraniu się pokusom Złego, to „postępowe” wezwanie sugeruje już, że to Pan Bóg ponosi odpowiedzialność, niejako specjalnie „wodząc nas na pokuszenie”, ergo to On jest ewentualnie winny naszych upadków, może nie bezpośrednio, ale kwalifikuje się do paragrafu „za współudział”. Takie to wygodne, by w przypadku upadku w grzech, co najmniej sobie pomyśleć, iż to nie tylko nasza wina, ale pewnie Pan Bóg dał do tego przyzwolenie, „wodząc nas na pokuszenie”. Jakaż to kusząca wymówka i zasłanianie się Nim podczas gdy faktycznie to wyłącznie my ponosimy odpowiedzialność i konsekwencje uczynków będących efektem wolnej woli. Tak, Zły ma swój udział w naszych upadkach ale włączanie w to samego Pana Boga przez apelowanie by „nie wodził nas na pokuszenie” to bardzo „postępowe”wezwanie.

Pora wrócić do zasadniczego tematu, tj. przedstawienia licznych przykładów „zmiękczania i pudrowania” wizerunku oraz nauczania Pana Jezusa, czy generalnie przekazu płynącego z Pisma Świętego, bo dotyczy to całości, a nie tylko Ewangelii. Lecz nim do tego bardziej konkretniej przejdę, muszę w tym miejscu zrobić konieczne i zasadnicze zastrzeżenie, by nie być posądzonym o „odwrotną manipulację”, czyli nie przedstawić Chrystusa jako jakiegoś surowego Boga – nauczyciela, który to obraz były równie fałszywy, jak ten malowany przez „postępowców”. To moje istotne zastrzeżenie jest całkiem proste, a mianowicie, że słowa Pana Jezusa i Jego nauczanie należy brać i odczytywać w całości, bez pomijania części uchodzących (całkiem słusznie) za radykalne, ostre i bezkompromisowe, ale także uwzględniając te akapity z Pisma, w których Chrystus ujawnia bezgraniczne miłosierdzie, wobec nas grzeszników (a tych miejsc jest całkiem sporo: przypowieść o synu marnotrawnym, potraktowanie jawnogrzesznicy, przypowieść o zaginionej owcy, nie mówiąc już o licznych uzdrowieniach fizycznych oraz wypędzaniu demonów). Tak więc mamy do czynienia z przedstawianiem Pana Jezusa w sposób skrajny, a przez to fałszywy, czyli albo groźnego Sędziego, albo „słodkiego kumpla – kolegę”, który wszystko rozumie i wybacza (choć po przebaczeniu jawnogrzesznicy powiedział: „Idź i nie grzesz więcej”). Można powiedzieć, iż Chrystus był radykalny w dwojaki sposób: w swym miłosierdziu oraz potępieniu grzechu (ale nie grzesznika). I to wszystko proszę wziąć pod uwagę, gdy będę teraz pisał o fałszywym opakowaniu, w jaki owijają postępowcy nauczanie naszego Pana, zgrabnie zapominając radykalność Jego nauczania. I tak niechcący, wróciliśmy do odkrycia na nowo znaczenia słowa „całokształt” przy czytaniu Pisma Świętego…

Najbardziej pojemnym i obszernym przykładem, choć nie rekordowo radykalnym, bo są bardziej „szokujące” wypowiedzi Chrystusa, jest zapewne tzw. „Kazanie na górze” (proszę sięgnąć do Mt 5.1-7.28).

Wygląda na to, iż najbardziej skrzętnie pomijanym czy przemilczanym z tego długiego wykładu Chrystusa fragmentem jest ten, dotyczący łamania VI przykazania „Nie cudzołóż” i tego konsekwencji. Pan Jezus tam mówi wprost – „Ja wam powiadam: Każdy kto oddala swą żonę – poza przypadkiem nierządu – naraża ją na cudzołóstwo; a kto oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołostwa”. Co tu można interpretować? Otóż według postępowców wspieranych autorytetem (?) samego papieża Franciszka z jego adhortacją „Amoris Laetitia”, można ten zakaz ominąć przez wszechobecne w nowomowie papieża słowo – wytrych jakim jest „rozeznanie”. Tak więc gdy rozwodnicy żyjący i aktywni seksualnie w nowym związku, przy udziale wyrozumiałego księdza „rozeznają”, że okoliczności ich związku pozwalają na przyjmowanie Eucharystii, to na nic 2 tysiące lat nauczania Kościoła opierającego się na słowach jego Założyciela. Zresztą jak przy innej okazji wspomniałem, „rozeznawanie” zawłaszcza kolejne obszary, w których Magisterium Kościoła wypowiada się zdecydowanie w kwestiach moralnych (przyjmowanie Komunii św. w stanie grzechu ciężkiego, udzielanie jej protestantom i osobom jawnie popierających aborcję, błogosławienie związków homo etc.). Jak się „właściwie rozezna”, no to nie ma granic…

Przyszły takie czasy, iż postępowcy nie tylko „interpretują”, przeinaczają, omijają i fałszują naukę Pana Jezusa, ale posuwają się do rzeczy wprost niebywałej i szokującej, wręcz skandalicznej; jest to jeden z tych przypadków, kiedy się mówi, że „brak słów” na opisanie takiej postawy. Do czego „piję”? Ano do analizy postawy Chrystusa dokonanej przez jezuitę, ojca Antonio Spadaro, przyjaciela Franciszka i redaktora naczelnego „La Civilta Cattolica”, a dotyczącej cytatu z Ewangelii wg św. Mateusza (15. 21-28), w którym Chrystus spotka kobietę kananejską. Tak więc A. Spadaro w swym komentarzu stwierdził, iż Pan Jezus okazał tej kobiecie „obojętność, zachowując się jak teolog, który zamknięty jest w sztywnych ramach, bez miejsca na miłosierdzie”. Wedłu niego postawa Chrystusa jest przejawem „zaślepienia przez nacjonalizm i rygoryzm teologiczny” i właściwie Pan Jezus dzięki postawie owej kobiety został „nawrócony na siebie oraz uzdrowiony i uwolniony od sztywności dominujących nurtów teologicznych, politycznych i kulturowych swoich czasów”. Tak więc jezuita uważa, że to kobieta kananejska nawróciła „ograniczonego Chrystusa”. Proszę Państwa, po przeczytaniu tych wynurzeń, cisnęły mi się na usta słowa naprawdę nie nadające się do druku; łagodnym określeniem przyczyny skandalicznej wypowiedzi A. Spadaro byłaby choroba psychiczna delikwenta, lub też manifestacja opętania szatańskiego, kiedy to osoba opętana nie odpowiada za swe czyny. W tym miejscu wypada zauważyć, iż taka postawa odwzierciedla doskonale pozycję jego mentora, czyli papieża Franciszka, który przy każdej sposobnej okazji krytykuje katolików trzymających się Tradycji i Magisterium, jako współczesnych faryzeuszy podążających sztywno za literą prawa. Pewnie dlatego trzeba było skasować im Mszę Trydencką, napiętnować gorliwość nielicznych już misjonarzy za ich chęć nawracania na katolicyzm i oczywiście wtykać Panu Jezusowi błędy Jego nauczania.

Postępowa nowomowa z jej elastyczną moralnością „rozeznawaniem”, interpretowaniem itp. rozbija się o proste „Niech mowa wasza będzie tak – tak, nie – nie. Wszystko co ponadto od Złego pochodzi”. To na tyle.

 

+ posts

Comments

No comments yet. Why don’t you start the discussion?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *